#recenzujemy Witchcraft “Black Metal”

Towar niezgodny z opisem. Trudno szukać na najnowszym albumie tej szwedzkiej doom metalowej formacji rockowych riffów. Jeszcze trudniej znaleźć na niej sam zespół.

“Black Metal” to wydany pod szyldem Witchcraft solowy projekt wokalisty i leadera grupy, Magnusa Pelandera. Album na wskroś akustyczny.Pamiętam jak przed paru laty, po dużych zmianach w składzie zespołu, zamieszał mi w głowie ich czwarty studyjny album “Legend”. W moim prywatnym rankingu znalazł się na pierwszym miejscu albumów roku 2012.Bardzo amerykańskie, wręcz stonerowe brzmienie i fenomenalny wokal Pelandera. Brzmienie bez wątpienia inspirowane dokonaniami amerykańskiej grupy Pentagram i jej charyzmatycznego wokalisty Bobby’ego Lieblinga, którego Pelander od lat uważa za swojego mistrza i idola.

Obserwując karierę Wichcraft, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w gruncie rzeczy jest to solowa, osobista wizja Pelandera, do której dobiera on sobie wciąż nowy skład muzyków. Tym razem nie dobrał… Dzięki czemu powstał album ultra osobisty i ultra kameralny.Już pierwszy singiel promujący “Black Metal” był dużym zaskoczeniem, bo akustyczny i gitarowy “Elegantly Expressed Depressesion“, to propozycja kompletnie odbiegająca od dotychczasowego rockowego brzmienia. Czy był tylko przewrotnym wyborem na promocję metalowego albumu, czy zapowiadał album akustyczny?

Okazuje się, że opcja nr. 2 wygrała. Przewrotnym okazał się jedynie tytuł albumu.“Black Metal” to przesiąknięty duchem dzieci kwiatów i folkowego grania z końca lat 60, bardzo ascetyczny i minimalistyczny materiał. Oprócz charakterystycznego wokalu Magnusa usłyszycie tu jedynie gitarę – żadnej perkusji, żadnego dudniacego basu, jedynie gitarę i dźwięk palców ślizgających się po strunach. W jednym z utworów pojawia się co prawda pianino, ale grane jakby jednym palcem i od niechcenia.

Wystarczy spojrzeć na listę utworów, by przekonać się, że nie jest to radosny album – Sad Dog, Sad People, Elgantly Expressed Depression… Na szczęście piosenki nagrywane pod wpływem rozpaczy, paradoksalnie emanują pięknem. Tak jest również w przypadku tej płyty – piękno, smutek i delikatność, wszystko przyprawione folkowo – psychodelicznym sosem. Sądzę, że ten materiał mógłby z powodzeniem znaleźć się na alternatywnej ścieżce dźwiękowej do “Czasu Apokalipsy” F. F. Coppoli, lub “Zabriskie Point” Antonioniego. Ja zaraz po jego wysłuchaniu rzuciłem się w stronę nagrań Jefferson Airplane (White Rabbit) i The Mamas & Pappas (California Dreamin’).

Zaskakujący w swej formie, niezwykle piękny i “kruchy” album. Nie tego oczekiwałem od Witchcraft na nowej płycie, ale to co otrzymałem jest po prostu wspaniałe.Bardzo polecam i pierwszy raz cieszę się, że… towar nie był zgodny z opisem. 😉PS. Jeśli lubicie smutne dźwięki, sprawdźcie album Vincenta Gallo “When” – to drugie skojarzenie, jakie nasuwa się po przesłuchaniu materiału Magnusa Pelandera. Bardzo osobisty i samotny album.

Polub nas!
Maciek Mydlak

Written by

Maciek Mydlak - Aktor, dźwiękolub, sarkasta. Po wielogodzinnej pracy na scenie, neurony wymagają resetu. Codziennym lekarstwem - dźwięki. Od Sylviana, po Reznora. Od Danziga, po Gilmoura. Od ambientu, do djentu. Stosować w dużych dawkach, popijać kawą.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!