#recenzujemy THE CURE – CURÆTION-25 + 40 ANNIVERSARY live. (2 blu-ray)

Z najnowszym koncertowym wydawnictwem The Cure jest trochę jak z miłością ze szkolnych lat. Nie widzieliście się od dawna, a przecież latka lecą, może lepiej zachować w wyobraźni obraz sprzed lat?
No cóż, może wygląda trochę starzej, ale przecież wciąż tak pięknie opowiada, a Ciebie też czas nie oszczędził.

Dokładnie tak samo było z tym dwupłytowym wydawnictwem. Robert Smith nie jest już tym samym nieuczesanym chłopakiem z lat 80, gdy odkrywałem ten zespół. Na koncercie widać dokładnie, jak musieli napracować się fryzjerzy, by stworzyć namiastkę tej słynnej nastroszonej fryzury “na Smitha”. Wszystko to przestaje być ważne gdy otwiera usta i zaczyna śpiewać, to wciąż ten sam “De Kjur”, jakiego słuchało się przed laty! Rocznicowe wydanie, to nie lada gratka dla fanów – zapakowane w efektownym digibooku dyski, zawierają dwa koncerty nagrane przez zespół w ubiegłym roku w Londynie. Łącznie około 5 godzin muzyki!
Jednocześnie są to dwa zupełnie różne występy. Pierwszy – “Curætion-25”, został nagrany podczas ostatniego dnia Meltdown Festival w Royal Festival Hall w Londynie. Pomimo, że nagrany w dużej sali dla licznej publiczności, sprawia wrażenie klaustrofobicznego. Bez wątpienia to zasługa reżysera koncertu, Nicka Wickhama.


Występ podzielono na dwie części, From There to Here i From Here to There.
Setlista, jak piłka, wędruje od najstarszych nagrań zespołu, poprzez wszystkie płyty, by odbić się od niepublikowanego wcześniej utworu “It Can Never be the Same” i wrócić w drugiej części koncertu, do pierwszego albumu. Reżyser podąża za czasem, pierwsza piosenka “Three Imaginery Boys“, podobnie jak zamykająca koncert “Boys don’t Cry” wygladają jak w czasach, gdy je nagrano – niewyraźny obraz, przewalone barwy, charakterystyczne dla VHS smażenie kolorów na konturach postaci i przede wszystkim format obrazu 4:3. Rzeczywiscie ma się wrażenie oglądania koncertu z kasety. Z upływem czasu Wickham zmienia sposób kręcenia, bawi się ostrością, glitchem i barwami. Niektóre piosenki utrzymane są w czarno-białym charakterze z ostrymi kontrastami, inne niezwykle barwne z psychodelicznym montażem i efektami. Całości dopełniają wielkie ekrany led za sceną pełne licznych wizualizacji. Szczególne wrażenie robi, wspomniany już przeze mnie, “It Can Never be the Same” i ukochany przeze mnie “A Forest”, zagrany w niezwykle mrocznej i agresywnej wersji.

Co jeszcze różni te koncerty?
Mam wrażenie, jakby pierwszym z nich, zespół chciał powiedzieć publicznosci – jesteście tu dla nas. Koncert z Hyde Parku jest zupełnie inny. Tu zespół mówi – gramy tu dla was!

Nie przepadam za zapisami koncertów z festiwali na wolnym powietrzu, zwłaszcza tymi odbywającymi się za dnia. Trudno je sfilmować, by nie wyglądały płasko. Koncert z Oak Stage w Londynie na szczęście odbywał się wieczorem i w trakcie występu dzień stopniowo przechodzi w noc.
Tym razem reżyserem koncertu jest Tim Pope. Sprawny i dynamiczny montaż, Gallup szalejący z basem po scenie, gigantyczne ekrany za i po bokach sceny znacznie ożywiają ten film. Setlista koncertu znacznie różni się od tej z pierwszego dysku. Bardziej przebojowa, ułożona, by sprawić przyjemność zebranej w Hyde Parku prawie 70 000 widowni.
Tytuły mówią same za siebie “Pictures of You”, “Lovesong”, “Just like Heaven”, “Disintegration”, “Lullaby”, “Friday I’m in Love”, “Close to me”, “Why can’t I be You?”, znowu cudowny “A Forrest” i na koniec…. wow, byłem w szoku – kontrowesyjny i dość agresywnie zagrany “Killing an Arab“.

Robert Smith, jak widać w trakcie koncertów, jest, mimo osobistych problemów, w świetnej formie. Podobnie zresztą jak reszta zespołu. Bardzo dobrze wrózy to zapowiadanemu na końcówkę tego roku, pierwszemu od 11 lat studyjmemu albumowi The Cure.
Nie mogę się doczekać. Rocznicowe “The Cure live 40”, to jedno z najciekawszych i najlepszych wydawnictw koncertowych tego roku. Zarówno dla starych fanów, jak i tych, którzy przygodę z nieuczesanym Robertem dopiero zaczynają. Rozbawiła mnie notka znajdująca się na odwrocie digibooka – THESE SHOWS WERE PLAYED LOUD – SO PLEASE TURN IT UP!
Podkręćcie więc głośność, bo warto!

obraz – 9/10
dźwięk LPCM 2.0 – 10/10
dźwięk DTS HD MASTER 5.1 – 8/10
zawartość – 9,5/10 … zabrakło “Lovecats” 😉

Album ukazał się również w formacie LP, CD i DVD.

Polub nas!
error20
fb-share-icon1213
Tweet 55
Maciek Mydlak

Written by

Maciek Mydlak - Aktor, dźwiękolub, sarkasta. Po wielogodzinnej pracy na scenie, neurony wymagają resetu. Codziennym lekarstwem - dźwięki. Od Sylviana, po Reznora. Od Danziga, po Gilmoura. Od ambientu, do djentu. Stosować w dużych dawkach, popijać kawą.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!