#recenzujemy OPETH – In Cauda Venenum

Moja trzynastoletnia córka weszła do pokoju
– Czego słuchasz?
– Nowego Opetha
– Za mało wyraziste gitary i za dużo klawiszy, nie to, co na “Blackwater Park” – powiedziała i wyszła.
I tu, w zasadzie mogłaby skończyć się ta recenzja.

Nie, “In Cauda…” nie jest złym albumem, powiedziałbym nawet, że bardzo dobrym, ale…
Należę do tej grupy fanów, dla której każda kolejna zapowiedź albumu Opeth, jest okresem wyczekiwania na nagły zwrot w kierunku cięższego, starego brzmienia. Za każdym razem jesteśmy zwodzeni singlem, który daje nadzieję, po czym okazuje się, że to zmyłka. Najbardziej jaskrawym przykładem był singiel promujący “Sorceres”, byliśmy prawie pewni, że Mikael znów zagrowluje, że będzie ciężko i death metalowo. Niestety droga obrana przez zespół podczas nagrywania albumu “Heritage” wiedzie ich coraz bardziej w rejony rocka progresywnego. To wciąż ten sam Opeth, z jego rozbudowanymi kompozycjami, świetnymi riffami i wspaniałym wokalem Åkerfeldta, ale z płyty na płytę coraz więcej jest w tych kompozycjach Stevena Wilsona.


No właśnie, jak brzmiałby dziś Opeth, gdyby “progressive twins” nie spotkali się przy realizacji “Damnation”? Pewnie prościej i ciężej.
Mam wrażenie, że Åkerfeldt stoi w rozkroku pomiędzy death metalem, czy po prostu metalem ,a muzyką progresywną w lżejszym wydaniu. Co gorsze, rozjeżdża się w tym rozkroku i jak najszybciej będzie musiał zdecydować, w którą stronę skoczyć.

“In Cauda Venenum” to album rozbudowany. Większość kompozycji to skomplikowane, pełne niespodziewanych kolorów, układanki. Potężne kompozycje połączone w całość fragmentami rozmów, muzycznym ambientem, tworzą różnorodną i skomplikowaną całość. No właśnie, czy ta różnorodność nie jest jednak wadą?

Przypomniałem sobie nagrania z poprzednich albumów okresu progresywnego, czyli po “Heritage” i dostrzegłem podstawową różnicę – poprzednie kompozycje były bardziej spójne. Jedno wynikało z drugiego, narracja rozwijała się płynnie. “In Cauda…” zaskakuje. Przy kolejnych odsłuchach ta zasada zaskoczenia staje się nieznośna. Za dużo tego.
Na początku jest to nawet ciekawe, jak w otwierającym album “Garden of Earthly Delights. Początkowe klawiszowe chorały nagle ustepują miejsca elektronicznemu pulsowaniu. Wow, wtf? Tangerine Dream? To w tę stronę poszedł Mikael? Dźwiękowe pola jak u Watersa, z odgłosami kroków i dialogami? I nagła zmiana szarpiąca nas w zupełnie innym kierunku – “Dignity”. Dużo klawiszy i mocne gitary, znów zmiana i znów. Piękne gitarowe solówki i znowu w drugą stronę. Druga połowa utworu to już czyste akustyczne “Storm Corrosion”… Jakże trudno mu uciec od Wilsona. Nawiasem mówiąc takich “skorodowanych” fragmentów na płycie jest więcej.

“Storm Corrosion” uważam za album fenomenalny i od wielu lat wracam do niego w długie wieczory, ale… znowu ale…
Po przejciu z akustycznego “Storm…”, Opeth zanurza się jeszcze bardziej w Wilsonie. Odzywają się echa “Grace for Drowning” a nawet późniejszych, popowych “solówek” Stefana.
Nowy album Opeth, to bez wątpienia najodważniejsza muzycznie spośród ostatnich propozycja. To skomplikowane dzieło i w sensie obiektywnym bardzo udane i mistrzowsko zagrane. Mnie jednak ta opera nie przekonuje. Mam wrażenie, że Åkerfeldt ze mną pogrywa, próbując na siłę zaskoczyć. Za bardzo widzę szwy w tym patchworku.

Najlepszym utworem na płycie jest wg. mnie “The Garroter” rozpoczynający się od klasycznej hiszpańskiej gitary, po czym, zmyłka z lirycznym piano i mocne jazzowe wejście perkusji. Perkusję graną miotełkami, mieliśmy już na “Heritage”, tu jednak podparta rytmicznym i ciężkim fortepianem, tworzy niesamowity klubowy, jazzowy nastrój. Dodajmy do tego smyki, klarnet i gitarę graną brzmieniami Georga Bensona. Potrzeba czegoś jeszcze? Wokalizy? – jest jazzowa wokaliza jak z Komedy. Znakomity utwór! Tylko czy to jest Opeth, czy już coś innego? Zdecyduj się chłopie – chce się krzyknąć – idź w tę stronę i będzie super. Nie stój dłużej w tym rozkroku. Drugim utworem, który polubiłem jest kolejnyna płycie – “Continuum”. Nieprzekombinowany, typowy ” “Opecik”. Późne “Damnation” – wczesne Heritage. Wszystko jest na miejscu i płynnie rozwija. Przymknąć mogę nawet oko na małe Wilsoniki tu i ówdzie.😉

Moja ocena – wirtuozeria i różnorodność wzięły górę nad przekazem i prostotą. A jak mówi przysłowie, lepsze jest wrogiem dobrego. Åkerfeldt stoi na rozdrożu i musi się zdecydować, gdzie pójść. Chylę czoła przed kunsztem, ale chyba nie będzie to mój ulubiony album Opeth, choć “The Garroter” na pewno jednym z ulubionych utworów.

Polub nas!
error20
Maciek Mydlak

Written by

Maciek Mydlak - Aktor, dźwiękolub, sarkasta. Po wielogodzinnej pracy na scenie, neurony wymagają resetu. Codziennym lekarstwem - dźwięki. Od Sylviana, po Reznora. Od Danziga, po Gilmoura. Od ambientu, do djentu. Stosować w dużych dawkach, popijać kawą.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!