ghost-story

A Ghost Story. Najstraszniejsza jest cisza

David Lowery z miejsca stał się jednym z moich ulubionych twórców z gatunku „ekscentryczni”. Jego film, choć może być niełatwy do strawienia (bo i dlaczego artysta miałby oferować nam łatwe trawienie? Od tego są herbaty ziołowe), przy odpowiednim nastawieniu może zapewnić nam absolutne uderzenie w podbrzusze. To nie są czcze słowa – na mnie ta poetyka podziałała. Po filmie wyszedłem na spacer z psem i dopiero po kilku minutach zorientowałem się, że snuję się, jak duch z filmu Lowery’ego. A po kolejnych minutach, że wszyscy jesteśmy tymi duchami, a jeśli nie, to i tak się nimi staniemy. I podobnie, jak w jego filmie, będziemy przerażeni tą wszechobecną ciszą i stygnącą pamięcią.

A Ghost Story jest nieziemsko kameralnym widowiskiem, które udowadnia, że o wielkich sprawach nie sposób mówić za pomocą słów. Tutaj potrzebne są obrazy, klisze, metafory, sytuacje i właśnie brak słów, który w przebodźcowanym świecie jest chwilą na złapanie oddechu i faktyczną refleksję nad tym, co naprawdę ważne. Mamy tu młodą, kochającą się parę. Ich miłość, pięknie spokojna, bez fajerwerków i wielkich deklaracji, nagle zostaje przerwana Jego nagłą śmiercią. Śmiercią tragiczną, bo dokonaną tuż przed ich domem. Jednak On nie umiera tak po prostu. Bohater budzi się w szpitalnej kostnicy, aby od tej chwili, już jako duch wrócić do tego jedynego miejsca, z którym będzie związany. Brzmi to romantycznie, ale wcale takie nie jest. Duch bowiem skazany jest na patrzenie, a patrzeć przecież jest najgorzej. Może co prawda wpływać na przedmioty, ale wywołuje tym tylko strach. Nikt nie odkryje jego prawdziwych intencji. W tym momencie uświadamia sobie, że nigdy już nie będzie częścią świata – będzie tylko przemijaniem.

I właśnie o tym jest ten obraz. Podobnie, jak duch, skazani jesteśmy na obserwowanie tego, co przemija, znika, zmienia się i przeobraża. Nie ma chyba większego koszmaru niż nieme patrzenie na rzeczywistość, która powoli staje się tym, czym nigdy nie chcieliśmy, żeby się stała. Początkowo cierpimy, patrząc na żałobę osoby, którą kochaliśmy, ale cierpimy jeszcze bardziej, gdy w końcu odkrywamy, że ta z żałoby wychodzi i żyje dalej tak, jakby nas nigdy nie było. 

Sam duch jest kapitalną metaforą. Figura ta nie odwraca naszej uwagi popisem charakteryzatorskim. Jest pewnego rodzaju kliszą wyjętą z niskobudżetowych filmów – wystarczy tu bowiem prześcieradło z dziurami na oczy. Tyle. Kryje się w tym jednak głęboki sens. Brak ciała staje się w pewnym sensie wyzwalający. Nawet najohydniejsze ciało zrównuje się z innymi, bowiem pozbawione zostaje swoich blizn, ran, efektów rozkładu tkanki, ale też wszystkich elementów zmysłowych. Pozbawione zostaje też osobowości. Nie można go pośmiertnie sprofanować, jak często czyni się z ciałami. Jest tylko pamięć. Snująca się po świecie samotność. Widać to dobitnie w kilku momentach filmu, w których z oddali spotyka się wzrok dwóch duchów. One ze sobą nie rozmawiają. Dzielą się swoim smutkiem bez słów. A smutek wiszący w powietrzu materializuje im się w słowa. To zresztą niejedyna z pięknych metafor, których w filmie użyto.

Film Lowery,’ego, który też sam napisał  scenariusz, wydaje mi się jednym z najpiękniejszych wyznań strachu przed śmiercią. Umiera przecież nie tylko nasze ciało, ale też pamięć, jak bardzo nie zaklinalibyśmy się, że tak nie jest. Po każdej żałobie przychodzi wreszcie moment, w którym trzeba żyć dalej, tak po prostu. Oczywiście, że czasem przypomnimy sobie o zmarłym, ale to przypominanie uświadamia nam tylko sam fakt bolesnego przemijania – przecież przez całą resztę chwil, gdy nie opowiadamy anegdoty o zmarłym ojcu, ten tak naprawdę nie istnieje. Nie wisi nawet w próżni, czy poczekalni. On po prostu nie istnieje. Był, hałasował, a teraz jest cisza.

Trudno o tym filmie opowiadać, ponieważ on sam nie opowiada, tylko pokazuje. I to pokazuje w fantastyczny sposób, za pomocą odpowiednio wystylizowanej retro-kamery i niesamowitych ujęć, dopracowanych w każdym szczególe. Wielokrotnie pauzowałem seans, żeby pogłówkować nad układem każdego elementu na ekranie. Tutaj nie ma przypadków. Całość nawiązuje do tradycji slow cinema, przez co wiele osób się od filmu „odbija”. Przykładem jest maltretowana w komentarzach scena „jedzenia ciasta” przez przeżywającą żałobę bohaterkę. Za pomocą statycznego ujęcia obserwujemy kilkuminutową scenę, w której pozornie nic się nie dzieje. Oczywiście, tylko pozornie. Jeśli przestanie się przewracać oczami, że o matko, że o długie, że przeintelektualizowane, warto dać szansę i skupić się na tym, co właśnie dzieje się na ekranie. Bo dzieje się tam jedna z najlepiej zagranych przez jednego aktora, kameralnych scen, jakie w życiu widziałem. Czasem warto do końca zaufać komuś, kto chce nam opowiedzieć o czymś szczególnie dla siebie ważnym. Podkreślam tutaj słowo „dla siebie”. A jeśli przeszkadza nam cisza i brak słów (choć jedno z drugim nie jest równoznaczne), to warto zastanowić się, co z naszym światem stało się nie tak.

Powiem wam coś niepopularnego. Nie wszyscy powinni mieć prawo głosu. Nie każdy i nie wszędzie powinien móc się odezwać. Nie jestem jednym z mięczaków, którzy wszędzie biadolą „no ale wolność słowa, każdy może mówić, co uważa”. Tym durnym sloganem masa osób zasłania własną potrzebę, żeby w jakikolwiek sposób zaistnieć, żeby móc skomentować nawet to, co najpiękniejsze, w najohydniejszy sposób. Nie jest to żadną tajemnicą i nie mam też zamiaru się nad tym szczególnie długo rozwodzić, bo to sprawa raczej dla psychologiczno-socjologicznych prac naukowych.

Istnieje też spora grupa osób, wydaje mi się czasem, że stanowi ona większość, która w potrzebie uproszczonej wizji świata, dzieli wszystko i wszystkich na dwie grupy. Wiadomo: dobrzy – źli, wierzący – niewierzący, Polska A – Polska B, intelektualiści – pospólstwo, czy Polacy – reszta świata. Oglądacze filmowi (bo nie można nazwać każdego, kto patrzy w ekran kinomanem) nie są wyjątkiem. Tutaj również znajdziemy wyraźny podział na tych „którzy nic nie zrozumieli, bo są głupi” i na tych, którzy „tylko udają, że zrozumieli i lansują się na przeintelektualizowane kino”. Jeśli ktoś chce na własne oczy zobaczyć tego typu dyskusję, to odsyłam do sekcji komentarzy na Filmwebie pod filmem Mother! Aronofsky’ego. Tam skrajności nie pozwalają na najmniejszą dyskusję, abstrahując zupełnie od tego, czy film był dobry, czy nie, bo jedno jest pewne: nie sposób tego ocenić w komentarzu.

Nie sposób też nie zauważyć, że twórcy tak popularnego dziś Twittera zrobili nam ogromną krzywdę, przekonując nas, że można opowiedzieć o świecie w 280 znakach.

Nie można też nastawić się na jedno, robiąc drugie. Jestem empirystą, lubię doświadczenia, więc zobrazuję, co mam na myśli: zaproście swoją dziewczynę na rocznicową kolację. Nietrudno się domyślić, jak ta się nastawi na owo wydarzenie. A później idźcie do McDonalda – no co, przecież jest smaczny (mówię to bez ironii). Nietrudno się domyślić, że dziewczyna będzie średnio zainteresowana merytoryczną dyskusją nad kartą dań. To działa też w drugą stronę. Gdy moja zapowiedziała, że dzisiaj nie chce jej się robić obiadu i że zaraz wsiadamy w samochód i jedziemy coś zjeść, nastawiłem się na dobry fast-food. Ta jednak zabrała mnie do restauracji, w której normalnie czułbym się dobrze, ale tym razem te porcje jakieś takie małe, że człowiek się przecież nie naje…

Cały paradoks polega na tym, że gdy o tym teraz mówię, za wszelką cenę bronię się przy tym, żeby nie zabrzmieć, jak snob, a jednak czuję, że tak właśnie zostanę odczytany.

Bo z kinem jest podobnie. Mamy kino fastfoodowe, kino zaangażowane, blockbusterowe, gatunkowe, czy niegatunkowe – tego najbardziej nie potrafią zrozumieć polscy dystrybutorzy, którzy każdy film chcą kategoryzować, co rodzi niemałe rozczarowania widzów. Przykład? Pójście na noc kina grozy, a wszyscy wiemy, jakiego typu horrorów się tam oczekuje, po to, żeby dostać Dziewczynę, która wraca nocą sama do domu

Tak, mamy też kino dobre i kino złe. Mamy kino, które czegoś od widza wymaga i to, które go rozleniwia,  a niektórzy powiedzą nawet, że ogłupia, choć mi jest daleko od tak kategorycznej opinii. Podobnie jest z muzyką, malarstwem, teatrem i każdą inną dziedziną. I nie można się na to obrażać, bo to naturalna kolej rzeczy. Sęk w tym, że internet dał nam nie możliwość, tylko przekleństwo dostępu do wszystkiego, co możliwe. Przez to fani muzyki disco (żeby nie powiedzieć disco polo, bo w tej nazwie już jest zawarta jakaś ironia) piszą w komentarzach pod ostatnią operą Warlikowskiego, że wyjce i nuda, a fani kompozycji Preisnera piszą pod disco-teledyskami na YouTube, że przaśne i żenujące. Jedni z drugimi nigdy nie spotkają się w pół drogi. A szkoda.

Wierzę, że nawet disco polo ma swoją konwencję. Tylko, że tej konwencji trzeba być świadomym, gdy się w nią wchodzi. Nie można oczekiwać emocji rodem z opery Nędznicy, bo nagle:

Może mógłbym ci podarować kwiaty, ale w końcu zwiędłyby ci

a ja wcale nie jestem tak bogaty, no i szkoda pieniędzy mi.

Wreszcie mógłbym ci ciastko podarować, lecz słodkości nie w modzie dziś,

bo po ciastku mogłabyś zwymiotować no i pewnie utyłabyś,

moja kochana dam ci banana, dam ci banana ma ukochana.

brzmi jeszcze głupiej.

Właśnie z braku zrozumienia danej konwencji i rozbieżności w oczekiwaniach, rodzą się skrajnie ignoranckie komentarze. W tych zawierają się słowa nieważne i po prostu puste. Rozumiem niesamowitą moc, którą dał nam internet – możemy w ułamku sekundy, nawet pod największym dziełem, napisać, że to absolutna klapa i shit. Albo że Jarmusch kręci rozpaćkany chłam. Tarkowski to nudziarz. Haneke wrzuca kilka za długich ujęć, żeby było bardziej festiwalowo. Albo że omawiany dziś David Lowery nakręcił za długi, za nudny film, w którym nic się nie dzieje, tylko po to, żeby na końcu umieścić „scenę z karteczką, która została zostawiona dla lansujących się snobów, że niby wiecie, coś głębokiego”. Wynika to z niezrozumienia, a niezrozumienie z intelektualnego lenistwa. To bardzo charakterystyczne dla pewnego określonego typu osoby, która nigdy nie powie:

Kawa mi nie smakuje.

Zamiast tego powie:

Piję tylko herbatę, bo kawa jest ohydnym napojem.

Dlatego przy okazji omawiania A Ghost Story mam jeden apel: zastanówmy się czasem, czy świat oczekuje od nas tylu słów. Gwarantuję, że dzięki tej prostej myśli unikniemy 90% sytuacji, w których wychodzimy na bezmyślnych, upraszczających świat ignorantów. Mówię także o sobie samym.

Powtórzę jeszcze raz: świat nie potrzebuje od nas tylu słów. O tym też jest a Ghost Story. Ostatecznie zawsze przecież zostajemy z ciszą i chyba tej ciszy najbardziej się boimy, starając się ją przegadać za wszelką cenę, porządkując przy tym świat w najbanalniejszy możliwy sposób. A rzeczywistość tak prosta chyba nie jest.

Polub nas!
error20
Patryk Zalaszewski

Written by

Miłośnik kina niezależnego, "zbieracz" książek i płyt, na co dzień copywriter.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!