tu i teraz

3 albumy, z którymi weszłam w tegoroczną jesień

Nie wiem jak u Was, ale u mnie, w Gdyni jesień już trwa w najlepsze. W dodatku przyszła cichutko, skradając się na niewidzialnych palcach. Jednego dnia pławię się w słońcu i bez wahania otwieram okna na oścież, a drugiego owijam się szczelnie kocem i wciągam cynamon nosem. Pogoda zmieniła się szybko i niepostrzeżenie. Czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Chyba tylko takie, że przez to, że mnie zaskoczyła, zachwyciłam się nią jeszcze mocniej. No a skoro jesień, to i jesienna muzyka. Dziś krótko opowiem o trzech albumach, z którymi weszłam w tegoroczną jesień i które szczerze polecam. Bo są ładne. Po prostu. W dodatku każdy trochę inny.

Daughter „Not To Disappear”

Daughter kojarzy mi się z jesienią prawie tak mocno, jak pieczone jabłka i cynamon. Do tej pory pamiętam wieczór, w którym poznałam If You Leave”, pierwszy album Daughter. Mieszkałam jeszcze w swoim rodzinnym domu. Sporą część dni i noce spędzałam w małym, ciasnym pokoju. Muzyki słuchałam bezpośrednio z laptopa lub na takich słuchawkach, co to dołączają do nowo zakupionego telefonu. Nie miałam jeszcze dobrych głośników, bo nie było mnie na nie stać. Bo i jak? YouTube podrzucił mi Winter – utwór rozpoczynający ten debiutancki album. Piłam akurat ciepłą, czarną herbatę z pomarańczą i goździkami. I siadło. Tak mocno, że If You Leave słuchałam przez wiele kolejnych dni. Aż do srogiej zimy. Efekt? Teraz już nie jestem w stanie jej słuchać dłużej niż przez dziesięć minut. Tak, przesłuchałam się. Przejadłam. Dlatego dziś polecam Wam Not To Disappear – drugi album Daughter.

Nie lubię, kiedy określa się ich jako indie rock, ale… lepszego określenia jeszcze nie wymyśliłam, więc tak – Daughter to indie rockowe, brytyjskie trio. W ich muzyce sporo jest nostalgii, ale jak na debiucie było to delikatne, takie do poduchy, tak tutaj jest ciut więcej niepokoju, złości, wrogości. Ale wokal Eleny nadal tak samo dziewczęcy, o brzmieniu lekko zaspanym, zamglonym. No i nadal dużo delay’ów.

Lewis Watson „the morning”

W momencie opisywania „the morning” mam nieodparte wrażenie, że jesień rządzi się swoimi prawami. Bo na co dzień nie słucham takiej muzyki. Nie dociera ona do mnie, nie tyka tych strun skrytych pod skórą. Jest jakby za delikatna, brakuje jej nie tyle pazura, co nawet paznokcia. Jest maksymalnie wygładzona. Ale widocznie litry wypitej herbaty z pomarańczą i kawy z cynamonem wygładziły mnie, i the morningdopasowało się idealnie do pierwszych, jesiennych wieczorów tego roku. Szczególnie z utworami ghost”, „stay” i „castle street”. Z dużym naciskiem na stay”, które jest jak piosenka grana przez ukochanego w pierwszych miesiącach związku, kiedy motyle kotłują się w brzuchu, człowiek jest pełen energii, śmieje się jak głupi do sera i nawet najzwyklejsze rzeczy wydają się najromantyczniejsze pod słońcem. Jest po prostu ładna, uroczo ładna.

Ragnar Ólafsson „Urges”

Podczas koncertu w gdyńskim Blues Clubie (o którym pisałam tutaj) Ragnar powiedział coś takiego: że w jego muzyce sporo jest ciszy, bo jego zdaniem cisza czasami potrafi wyrazić znacznie więcej niż najbardziej starannie dobrane słowa i najumiejętniej stworzone kompozycje. I naprawdę trudno się z nim nie zgodzić, szczególnie po kilkunastokrotnym przesłuchaniu jego solowego albumu, „Urges”, gdzie tej ciszy jest sporo i zawsze jest strzałem w dziesiątkę. Cisza wyrażona w powolnych szarpnięciach za struny, w zawiśnięciu ręki nad pudłem gitary, we wstrzymaniu mocno zaczerpniętego oddechu.

Kurczę, jesień 2019 roku zapamiętam właśnie przez pryzmat tej płyty.Jest tak klimatyczna, tak piękna, a jednocześnie tak profesjonalnie skomponowana i wyprodukowana, że… Że jeśli ktoś z Was ją przesłucha i nie polubi, to ja naprawdę chcę tego kogoś poznać. Bo lubię się z ludźmi zdrowo sprzeczać. :)

Po kilku pierwszych przesłuchaniach „Urges” potrafiłam szybko wskazać utwory, które polubiłam najbardziej. A teraz, kiedy znam chyba każdy pojedynczy dźwięk tego albumu, już nie potrafię. Ciekawe, co? Chyba zauważyłam kolejną doskonałość „Urges”, skrytą na innym poziomie, ze dwa stopnie niżej od tego, który poznaje się przy pierwszym kontakcie z płytą. Doskonałość wyrażoną właśnie w ciszy i nutach subtelnie wybrzmiewających w tle; w głosie Ragnara, który czasami przechodzi w słodko-kwaśne piśnięcia; w różnorodności użytych tam instrumentów (ukulele, banjo, wurlitzer).

Ten mały zestaw, dla jasności, nie jest zestawem trzech najlepszych płyt tej jesieni. O nie. Na takie podsumowanie jeszcze przyjdzie czas. To jest po prostu komplet albumów, którymi rozpoczęłam tę jesień – każdy trochę inny, jeden lepszy, drugi gorszy, ale każdy bardzo klimatyczny. Bo czy nie o to właśnie chodzi w tym całym jesiennym „hajpie” – o klimat?

Polub nas!
error20
Katarzyna Zawolik

Written by

Dziennikarka z wykształcenia, copywriterka z zawodu, gdynianka z przypadku. Od dobrego serialu i jedzenia woli tylko dobrą muzykę. W pracy pisze na tak mało pociągające tematy, jak np. kurtyny paskowe i kamienie ogrodowe, dlatego po pracy wyżywa się tutaj.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!