#recenzujemy Cult Of Luna – A Dawn to Fear

Problem z powrotami po latach polega na tym, że nasze oczekiwania przybrać mogą z czasem zbyt konkretną formę, w efekcie nasze wyobrażenia gryzą się z rzeczywistością.


– Ale jak to?! – mówimy – miało być inaczej! Tak było w przypadku niedawnej premiery, po 13 latach, pewnej znanej kapeli na T, podobnie mogło być i teraz. Co prawda 6 lat przerwy to nie 13, ale jednak oczekiwania były ogromne. Od razu chciałbym przeprosić tę, część fanów Kultu Luny, która przerwę tę liczy od premiery płyty “Mariner“. Przepraszam, płytę z udziałem Julii Christmas traktuję raczej jako side project, czy też eksperyment, nie ujmując oczywiście samemu albumowi, który bez wątpienia do wartościowych należy. Zaliczam się do tej części fanów CoL, dla których dotychczasowa, studyjna dyskografia kończyła się na “Vertikal“. Ten dwuczęściowy album zdefiniował brzmienie sekstetu z Umeå na kolejne kilka lat. Tę definicję potwierdziło koncertowe wydawnictwo “Years in a day“.


Pierwsze wrażenie po obejrzeniu koncertowego DVD, to elektroniczny, wypełniony światłem laserów spektakl. Jak powiedział jeden z moich znajomych fanów metalu – “Nie dla mnie, naszpikowane to elektroniką, jak amerykański bombowiec strategiczny”. No i super, właśnie to mnie w “Vertikalu” urzekało, również tego oczekiwałem od kolejnego albumu. Już dwa single promujące to dwupłytowe wydawnictwo pokazały, że nie dostanę tego na co czekam. Po przesłuchaniu całości materiału byłem już pewien – “A Dawn to Fear” być może jest kontynuacją pomysłów z “Vertikal”, lecz brzmieniowo bliżej mu do wcześniejszych płyt zespołu. Odnaleźć tu można analogie do “Salvation” i “Somewhere Along the Highway” z 2009 r, gdzie elektronika nie była tak rytmizująca i eksponowana na pierwszym planie.

Dwa klipy promujące album, pięknie wprowadzają w klimat najnowszej produkcji C.O.L. – pokryta lasami Skandynawia, zimne tafle wody, wielkie pustkowia, czyli to co od lat najbardziej urzeka mnie w tej części świata. Klimat, który przenosi się do naszej wyobraźni i pozostaje na całą płytę, tworząc przed naszymi oczyma trwający 80 min. spektakl.

Na wielką pochwałę zasługuje tu aktorstwo Jimmy’ego Lindströma, tytułowego Silent Mana, głównego bohatera obydwu klipów. Byłoby cudownie, gdyby opowieść rozpoczęta przez reżysera i aktorów, znalazła kontynuację w kolejnych epickich ilustracjach utworów z tego albumu. Nie wiem, jak wy, ale ja już podnoszę lapkę i zgłaszam się jako pierwszy do zakupu płyty blu-ray z klipami do wszystkich utworów i oczywiście bezstratnym dźwiękiem i formatem DTS. 

Potęgi tego albumu doświadczyć można słuchając go w całości. Nie jest to łatwy materiał, wymaga on uważnego słuchania, skupienia i wejścia w rzeczywistość przedstawioną. Nie dostałem albumu, jakiego się spodziewałem, ale to co otrzymałem przerosło moje oczekiwania. Dla zespołu efekt końcowy miał być również zaskoczeniem. Jak powiedział w jednym z wywiadów Johannes Persson, wokalista i leader zespołu:


Wchodząc w ten proces, wiedzieliśmy, że album, który chcemy stworzyć, jest antytezą tego, co zrobiliśmy wcześniej. Niemal każdy album zawiera bardzo konkretny temat. Od samego początku znaliśmy historię, którą chcieliśmy opowiedzieć i nie chciałem, żeby tak było. W ciągu ostatnich kilku lat widziałem wiele subtelnych zmian i wzorców w moim własnym zachowaniu i własnym myśleniu. Chciałem, aby był to całkowicie spontaniczny proces. Chciałem tylko zobaczyć, co ze mnie wyszło, a Dawn to Fear jest tego wynikiem. ”

Przez jedenaście dni zespół zamknięty w studiu na małej norweskiej wyspie, odcięty od świata tworzył od początku, bez wcześniejszych założeń, muzykę do tego emocjonalnego widowiska. Efekt końcowy, jak sądzę, przerósł wszystkich. Bardziej oszczędne podejście do elektroniki (której tak się spodziewałem) wyszło albumowi na dobre. Album trudny i cięższy od wcześniejszych. Mroczny i depresyjny. Określanie stylu post-metalowej Luny mija się z celem. Znajdziemy tu elementy dooma, sludge, progressive, a nawet hardcore, jest to nieskrępowana stylami emocjonalna opowieść o bólu i opuszczeniu, melancholii i rozpaczy. I nie ma tu miękkiej gry, nie ma tu żadnej gry wstępnej. Słuchacz od pierwszych taktów dostaje pięścią między oczy.


Otwierający płytę “The Silent Man” na dzień dobry miażdży ciężkimi gitarami i rozdzierającym wokalem Perssona. Zbudowany na emocjonalnych i muzycznych opozycjach, lekko osłodzony na koniec brzmieniem grającego w tle steela i instrumentów klawiszowych. Prawdziwa rzeźnia. Drugi utwór, rozpoczynający się od rzężenia klawiszy, jakby dźwięku kręcącej się… betoniarki, transowe bębny i dźwięk organów. Potężna i na swój sposob patetyczna oś utworu wprowadza wręcz apokaliptyczny klimat. Kolejny, tytułowy utwór, jest jednak zaskoczeniem. Z początku wydawało mi się, że jest to intro żywcem wzięte z dyskografii Fields of the Nephilim, nawet gitara w tle kojarzy mi się z brzmieniem abumu “CeremonyThe Cult. Jakoś tak kowbojsko się robi przez chwilę. Wokal Perssona brzmi inaczej, jest spokojny i melancholijny. Dopiero w końcówce wraca ten charakterystyczny, histeryczny skowyt, który przecież tak dobrze znamy.


Nightwalkers” od spokojnego perkusyjnego rytmu powoli (bardzo powoli) przyspiesza by przejść z wolnego spacerku w szybki cwał elektronicznej nawalanki. To chyba jedyny taki elektroniczny moment na całym albumie. I bardzo dobrze, bo choć oczekiwałem “Vertikalowych” syntetyków szwedzki sekstet bardzo szybko przekonał mnie do kierunku w jakim zaczęli podążać na tym albumie. “Lights on the hill” jest najlepszym dowodem na to, o czym mówiłem w kontekście teledysków promujących album , co się raz zobaczy, tego się nie odzobaczy. Zobaczone w klipach szwedzkie krajobrazy włączają się same. To jak poranek na spowitych mgłą wrzosowiskach, gdy noc zwolna zamienia się w dzień, by za chwilę eksplodować słońcem. Długi instrumentalny wstęp, który w normalnym świecie muzyki, mógłby być osobnym, sześciominutowym utworem. Znów rozpaczliwy wrzask Perssona wyrywa z zamyślenia, długie dronowe kawisze i perkusja. Tak, sekcja rytmiczna po raz kolejny pokazuje swoją potęgę. Całość znów kończy spokojny dźwięk organów. Uspokojenie, cisza przerwana basowym dźwiękiem kolejnego utworu, wiatr i kolejne uderzenie zwielokrotnione echem.


Intro do “We Feel the End” przypomina mi floydowski “One of These Days”, aż czeka się aż rytm zaskoczy, zapętli i przejdzie w to charakterystyczne floydowskie pulsowanie… nic bardziej mylnego. “We Feel…” to kolejna liryczna ballada, wręcz klasyczna w swej konstrukcji. Tym razem bez końcowego kontrapunktu w postaci growlu. Utwór powoli odpływa w przestrzeń, wycisza się, kończy… piękne zakończenie albumu, prawda?

Lecz to nie koniec. Album “A Dawn to fear” ma konstrukcję identyczną jak większość utworów Luny, charakterystyczne dla nich zwolnienie, uspokojenie, jakby zapowiedź nadchodzącego finału i nagłe poderwanie do kolejnego dramatycznego rozwinięcia. “Inland Rain” brzmi jak typowy otwieracz, moim zdaniem równie dobrze mógłby otwierać ten album, tu otwiera nowy rozdział opowieści. Z początku plemienne bębny nagle załamują rytm i zaczynają grać “pod prąd”, to moim zdaniem najciekawszy rymicznie utwór na płycie. Oparty na synkopach i rymicznych dysonansach jest kolejnym dowodem kunsztu Thomasa Hedlunda. Długie klawiszowe frazy i monotonna, zapętlona w długich sekwencjach gitara pełnią funkcję kontrapunktu do perkusyjnych popisów. I znów apokaliptyczny rozpaczliwy wokal Perssona – jak my to kochamy!


Ostatni na płycie “The Fall” z zapętlonym mechanicznym chrzęstem rozpoczyna się bardzo melodyjnie i gitarowo, by oczywiście po chwili wyrwać nas z uspokojenia ciężką jak czołg frazą. Znów zróżnicowana konstrukcja oparta na opozycjach, i znów moje skojarzenia wędrują w stronę cowboysko – gotyckich klimatów z Pól Nephilima.
“The Fall” z czystym sumieniem zaliczyć można do najlepszych utworów na płycie. 13 minutowe dzieło tworzy niezwykle rozbudowaną i zamkniętą całość. Koniec i wyciszenie… powraca zapętloney chrzęst, coś jak dźwięk trzasków winyla pod koniec odtwarzania płyty, ale bardziej złowieszczy. Zostajemy z ciszą, świadomość, że maszyna wciąż się kręci, pozostaje.

Ten album miażdży i nie pozostawia obojętnym. Czyste post-metalowe piękno podszyte niebywałą emocjonalnoscią. W swoim czasie określani jako naśladowcy Neurosis i ISIS, tym wydawnictwem ugruntują moim zdaniem swoje miejsce w pierwszym rzędzie na post-metalowej scenie. Wypracowanie własnego stylu i bezkompromisowość w tworzeniu muzyki, pozwoli im na długi czas utrzymać tę pozycję.

Wracając do tematu od którego zacząłem tę recenzję – nowy album Cult of Luna w pewnym sensie przypomina najnowszy album TOOL. Długie, pozornie monotonne utwory, które wprowadzają w hipnotyczny letarg, tylko po to, by wyrwać niespodziewanym złamaniem. Jakby twórcy obytwu albumów chcieli najpierw budować ambientowe srodowisko, stan, nastrój , a dopiero po wprowadzeniu słuchacza w trans, ostrym “strzałem z liścia” przywoływali go do porządku. Z tą różnicą, że Persson chwyta od razu słuchacza za włosy i wrzeszczy mu prosto w twarz.

Minusy albumu?
Moim skromnym zdaniem album powinien być krótszy.
…o dwa ostatnie utwory… To prawda, są świetne, ale bez nich album zyskał by na spójności i tworzył bardziej zamknięta całość, byłby prostszy do przełknięcia i ogarnięcia.
(Choć z drugiej strony po jaką cholerę?)

Czytałem w jednym z wywiadów o dylemacie jaki mieli członkowie zespołu po zakończeniu nagrywania – okazało się, że podczas sesji powstało zbyt wiele utworów, stanęli przed pytaniem – czy opublikować wszystkie w formie dwupłytowego wydawnictwa, czy wyrzucić niektóre i wydać jednopłytówkę? Ostatecznie, przywiązani do swojego dzieła postanowili opublikować wszystko. Szkoda im było wyrzucić cokolwiek. Myślę, że rozsądnym wyjściem byłoby zakończenie płyty po “We feel the End” i dołączenie dwóch ostatnich (fenomenalnych) utworów jako dodatek na osobnym dysku do wydania limitowanego. Choć mogę się mylić…może bez sensu się czepiam. No cóż, rozumiem dylematy muzyków po zakończeniu sesji. Podjęcie decyzji nie było z pewnością łatwe i cieszę się, że to nie ja musiałem ją podejmować.


Drugi problem, który miałem na początku z tym materiałem, bardzo szybko przestał istnieć. Zrobienie kroku w tył świetnie zadziałało, wycofanie elektroniki, której tak z początku oczekiwałem, było znakomitym posunięciem. Ten trwający prawie 80 minut sludge – metalowy monolit stoi mocno na silnych podstawach i z powodzeniem zaliczyć go można do szczytowych osiągnięć zespołu z Umeå. Nowe otwarcie po kilku latach przerwy daje duże nadzieje na kolejne lata kariery tego szwedzkiego sekstetu.

W mojej ocenie – miazga! Nokaut dźwiękowy zasługujący na uwagę i skupienie. To nie jest prosty album.

Polub nas!
error20
Maciek Mydlak

Written by

Maciek Mydlak - Aktor, dźwiękolub, sarkasta. Po wielogodzinnej pracy na scenie, neurony wymagają resetu. Codziennym lekarstwem - dźwięki. Od Sylviana, po Reznora. Od Danziga, po Gilmoura. Od ambientu, do djentu. Stosować w dużych dawkach, popijać kawą.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!