Ragnar Ólafsson w gdyńskim Blues Clubie

Nie dla mnie już duże koncerty. Z gniecionymi jak sardynki ciałami, z kwaśnym zapachem potu, z duchotą. Teraz rozkochuję się w koncertowaniu lokalnym; koncertowaniu trójmiejskim. W małych, przytulnych blues i rock pubach. Wejściówka za 15-30 zł, wrażeń i satysfakcji za tysiące. Jednym z takich właśnie koncertów był wczorajszy występ Ragnara Ólafssona w gdyńskim Blues Clubie. Czy mi się podobało? Cóż, dreszcze jeszcze ganiają mi po ciele jak kolonia spłoszonych mrówek. I mimo że solowego albumu Ragnara słucham nieprzerwanie od tygodnia, i znam go na pamięć – piszę to bez cienia wątpliwości, to dziś, po wstaniu z łóżka, włączyłam go znów.

Blues Club to zdecydowanie jedna z najbardziej klimatycznych i urokliwych miejscówek koncertowych na mapie Gdyni. A kto wie, może i całego Trójmiasta. Przygaszone oświetlenie, ocieplane żółcią i pomarańczą małych, vintage’owych żaróweczek. Na ścianach drewno, na podłodze drewno, takie, co to czasami lubi zaskrzypieć pod butem. W tle rasowy blues i country, przy którym whisky – nawet jeśli generalnie nielubiana – słodko pieści język i podniebienie. A na końcu korytarza scena. Mała, może na cztery, pięć kroków w bok. Oświetlona kilkoma małymi reflektorkami. Z jeszcze mocniej skrzypiącą podłogą, która – zdaniem Davida Ra-Champariego, towarzysza Ragnara – sama gra muzykę.

Blues Club poznałam przy okazji koncertu Daniela Spaleniaka. I niestety z powodu ogromnych tłumów nie było to przyjemne poznanie. A wczoraj? Maksymalnie 30 osób. Ja w pubie godzinę przed czasem. Rozsiadłam się niemalże przy samej scenie, czując się jak królowa angielska. I o 20:00 zaczęło się. Jasnowłosy i jasnoskóry Ragnar wszedł na scenę, chwycił równie jasną gitarę i przywitał się z publicznością, która – mimo swoich skromnych rozmiarów – nie zdawała się go rozczarowywać. Wręcz przeciwnie! Wydawał się dzięki temu bardziej swobodny. Pozwalał sobie na żarty, na zmniejszenie dystansu z odbiorcą. Przykład? „Wine” zagrane na dole, wśród nas, szaraczków. Siadając blisko sceny, wiedziałam co robię, ha! Bo Ragnar zatrzymał się tuż przy mnie, dzięki czemu czułam jakby grał mi serenadę pod oknem. Atmosfera była naprawdę intymna, gęsta, przepełniona ciepłymi emocjami tak, że pewnie gdyby je zmaterializować, to nawet główka od igły by się tam nie zmieściła. Wzruszyłam się. W gardle wyrosła mi wielka gula, a pod powiekami, jak grochy, wyolbrzymiły się łzy. Bo taka właśnie jest solowa muzyka Ragnara Ólafssona – przejmująca, romantyczna, wzruszająca. Lekarstwo na złamane serce. I na wczorajszym koncercie nie wybrzmiała wcale gorzej niż z głośników, w domowym zaciszu (a tak przecież często bywa). Facet ma głos jak dzwon – kiedy trzeba, bije nim i zachwycająco ogłusza, ale kiedy indziej, schodzi do parteru i słodko drapie, poruszając struny samej duszy. Po prostu profesjonalista.

Dużym przewinieniem byłoby jednak nie wspomnieć o towarzyszach Ragnara. David Ra-Champari – świetny skrzypek, który koncertowi dodał tego magicznego, klimatycznego pierwiastka, a brzmieniu głębi. Jeśli to nie jest wystarczającą zachętą do polubienia Davida, dodam, że miał swój udział w ostatnim albumie Pain of Salvation. A to chyba coś, nie?

I towarzyszka, Luna. Chyba Luna – nie mam pewności co do imienia, ale nie dlatego, że jestem ignorantką. Po prostu… piękna kobieta o pięknym głosie – to może odwrócić uwagę. :) Nawet drugiej kobiety. Dzięki tej towarzyszce na koncercie mogły wybrzmieć te utwory, w których pojawia się damski wokal. A że Luna ma głos jak anioł, to efekt wyszedł cudowny. Aż trudno się zdecydować, kiedy było cudowniej – przy „Dozen” czy „Petals”. Ja, jako że jestem nieskrywaną fanką pięknych ballad, zagłosowałabym jednak za „Petals”.

Nie wiem czy Ragnar Ólafsson miał to w planie, czy zachęciła go do tego skromna, lecz ciepła publiczność, ale na wczorajszym koncercie zaprezentował też zupełnie nowe kompozycje, zarezerwowane na następny solo album. Było bluesowo, było rasowo – tak, jak lubię. Ragnar więc osiągnął swój cel – zaintrygował i sprawił, że jego druga płyta (która ma pojawić się zimą) będzie jedną z tych wyczekiwanych.

Czy czegoś mi tego wieczoru zabrakło? Tak. Jednej rzeczy. Utworu „Red Wine”. Kiedy w przerwach od śpiewania Ragnar popijał z kieliszka czerwone wino, byłam przekonana, że to niejako zapowiedź, ale nie. Niestety. A myślę, że byłoby to świetne zakończenie tego jakże klimatycznego koncertu.

Kilka miesięcy temu pisałam tutaj o koncercie Frontal Cortex w Wydziale Remontowym. Wysunęłam tam tezę, że „najwięcej frajdy sprawiają małe koncerty niszowych zespołów w miejscowych klubach.”. I po wczorajszej wizycie w Blues Clubie oczywiście ją podtrzymuję. I zachęcam Was do dwóch rzeczy. Po pierwsze – dajcie szansę Ragnarowi. Poznajcie jego solowe granie. Tym bardziej, że zaczyna się jesień, a jesień sprzyja właśnie takiemu graniu; z deszczem bijącym w parapety i wiatrem uderzającym w szyby ta muzyka wybrzmiewa jeszcze mocniej i piękniej. A po drugie – wspierajcie lokalne eventy. Chodźcie na miejscowe koncerty. Nawet jeśli nie znacie muzyków, którzy mają wystąpić i wpadniecie do klubu z marszu – ze znajomymi w ramach spotkania albo wracając po pracy do domu. To i tak się liczy! Można zaznać naprawdę pozytywnego zaskoczenia. I pamiętajcie – otwartość na nowe rzeczy to jedna ze sprawdzonych dróg do szczęścia. Podobnie jak album „Urges” Ragnara Ólafssona – to też cegiełka do szczęśliwego życia.

Polub nas!
error20
Katarzyna Zawolik

Written by

Dziennikarka z wykształcenia, copywriterka z zawodu, gdynianka z przypadku. Od dobrego serialu i jedzenia woli tylko dobrą muzykę. W pracy pisze na tak mało pociągające tematy, jak np. kurtyny paskowe i kamienie ogrodowe, dlatego po pracy wyżywa się tutaj.

You may also like...

1 Response

  1. 25 września 2019

    […] koncertu w gdyńskim Blues Clubie (o którym pisałam tutaj) Ragnar powiedział coś takiego: że w jego muzyce sporo jest ciszy, bo jego zdaniem cisza […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!