Miłość. Hanekemu udało się pobudzić do działania

Michael Haneke to filmowiec, o którym można powiedzieć wiele. Sporo można mu też zarzucić (choć ja kupuję jego specyficzny rytm narracji). Jednak Haneke robi naprawdę dobrą robotę, stale przypominając swoim kolegom filmowcom, że powinni skupić się na człowieku, a nie na własnym geniuszu. Brzmi to banalnie, ale banalne nie jest. Wystarczy obejrzeć jego Miłość, aby zrozumieć, jak należy opowiadać o bliskości z człowiekiem.

O umieraniu i opiece nad umierającym powstało zdecydowanie za dużo filmów. Nie ma czemu się zresztą dziwić – to bardzo wdzięczny temat, przy którym można się przy okazji poznęcać nad własnymi bohaterami. Można też, drogą Michela Franco (Opiekun z 2015 roku, który zgarnął Złotą Palmę w Cannes za scenariusz), pokazać całą nagość choroby: kościste ciała myte szorstkimi gąbkami, zwierzęce wycie i całkowicie wyschnięte, pozbawione grama tłuszczu piersi umierającej. Sęk w tym, że Franco otarł się o pewnego rodzaju perwersję (nawet, jeśli jego intencje były szczere), zaś Haneke o geniusz.

Opowieść wydaje się stosunkowo prosta. Miłość ma dwoje bohaterów: Anne i George. Oboje są emerytowanymi muzykami, których życie zbliża się do końca. Minęli już ten graniczny moment, w którym przeglądanie starych zdjęć przestaje być pięknymi retrospekcjami, a zaczyna sprawiać ból. Również ten fizyczny, bo nie sposób przypomnieć sobie, z jakiej okazji wykonano zdjęcie. Albo kto w ogóle się na nim znajduje. I w tym ustabilizowanym, starczym życiu nagle rzeczywistość przyśpiesza – Anne ma udar, a po nim nieudany zabieg. Od tego momentu jej stan zdrowia cały czas się pogarsza, aż do przykucia do łóżka. George zgodnie z danym słowem nie oddaje jej do szpitala – robi wszystko, żeby ta mogła umrzeć z godnością. Któż inny ma decydować o tym, co godne niż my sami?

Haneke zbudował prawdziwie chrześcijański obraz, który większość chrześcijan z pewnością odrzuci. Przecież nie o miłosierdzie chodzi, gdy o miłosierdziu się tylko mówi, prawda? Reżyser podsuwa nam dwie narracje współczucia. Pierwsza to konkretne działanie: codzienne, niestrudzone, pełne błędów i potknięć. Ta druga to wysyłanie z oddali słów wsparcia, modlitw i zapewnień, że jakoś to będzie. Największa tragedia polega na tym, że ta pierwsza narracja doskonale wie, że wcale dobrze nie będzie.

Po co w ogóle kręcić o tym film? Po co męczyć nas obrazami umierania, zwłaszcza umierania bez fajerwerków, bez patosu, bez fleszy, krótko mówiąc: umierania banalnego, czyli takiego, jakie czeka większość z nas? Ano choćby po to, aby opowiedzieć o głębokim sensie trwania z kimś w cierpieniu. Też po to, aby stale przypominać nam, że trwanie przy cierpiącym nie polega na współczuciu. Haneke staje w opozycji do nauki Kościoła, który podnosi cierpienie do rangi sensu życia i jedynej drogi do osiągnięcia ekstazy religijnej. Dlaczego? Ponieważ w uświęcaniu cierpienia można łatwo się zatracić, nie dostrzegając prawdziwej pracy tych, starają się w tym cierpieniu ulżyć.

Haneke nie szuka prostego szoku. Balansuje raczej na niuansach i niedopowiedzeniach. Gdy następuje punkt kulminacyjny sceny, gdy wydaje się, że zobaczymy to, co nagie i obdarte z godności – nagle urywa. Nie jest to film bezlitosny i może dlatego jest aż tak przytłaczający? Wiele wyjaśnia sam Georges, który odzywa się niemal do nas, tak ciekawych umierania widzów:  Z dnia na dzień będzie tylko gorzej, aż nastąpi koniec. Jednak ani przez moment nie jest banalnie, bo sam obraz nie stanowi dokumentalnego zapisu opieki męża nad umierającą żoną. Nazwałbym to raczej, może nieco nawet pompatycznie, metafizyką codziennego umierania. Gdy w tym umieraniu ktoś bezinteresownie nam towarzyszy – to jest tytułowa miłość.

Zawsze wydawało mi się, że istnieje taka ciemność, w której nawet Chrystus płacze z samotności. W tej ciemności nie ma łatwych pocieszeń, a znaleźć może się w niej każdy z nas. Wydawało mi się, że samotność jest doświadczeniem granicznym. Przecież samotni się rodzimy, w tym sensie, że choć nie rodzimy się sami, nikt nie rozumie i nie pojmuje naszego doświadczenia, jakim są narodziny – znaczące jest przecież to, że nikt z nas tego momentu nie pamięta. Tak samo umieramy samotni, bo nikt nie rozumie samotności i bólu, który przeżywamy w trakcie umierania.

Z tej myśli, że na samotność jesteśmy biologiczne skazani, wyrwał mnie film Hanekego. W tym sensie Miłość dała mi możliwość przeżycia katharsis, a to nie lada sztuka. Zwłaszcza w dzisiejszym, zmanieryzowanym kinie. Choćby po to warto obejrzeć ten film. Nie wspominając o tym, że jest to kawał wielkiego kina.

Polub nas!
error20
Patryk Zalaszewski

Written by

Miłośnik kina niezależnego, "zbieracz" książek i płyt, na co dzień copywriter.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!