#recenzujemy TOOL – Fear Inoculum

Nie ma sensu rozpisywać się na temat tych 13 lat przerwy, że oczekiwania, że Tool to, czy tamto, że który album, że 10 000 days itd. “Koń jaki jest, każdy widzi” . Najważniejsze, że Fear Inoculum wreszcie zagościł w słuchawkach. Przyznam, że nie wytrzymałem i dzień przed premierą pociągnąłem empetrójkę z sieci, by wreszcie posłuchać tego albumu. Kiepski to był pomysł i kiepska empetrójka. W nocy zespół wrzucił materiał nowej płyty do serwisów streamingowych, po północy odpaliłem płytę i wreszcie zabrzmiała, zwłaszcza, że aplikacja Deezer używa plików HQ w formacie FLAC. (Warto!)


Skupię się zatem na cyfrowej wersji albumu, która różni się od wydania CD. Niestety, fizyczny nośnik w postaci limitowanego wydania, z ekranem led i własnym głośnikiem jeszcze do mnie nie dotarł z amerykańskiego amazona. No cóż, cena proponowana przez polskie i europejskie sklepy internetowe jest dwukrotnie wyższa od proponowanej przez Amerykanów.

Oczywiście słuchanie albumu rozpocząłem, jak pewnie wielu z Was, od utworu drugiego. Pierwszy, który miał premierę parę tygodni temu, znany jest już na pamięć i zostawiłem go na później. Naprawdę warto słuchać płyty w dobrej jakości i dobrym odsłuchu. Wielopłaszczyznowość tej muzyki jest doprawdy porażająca. Warto śledzić poszczególne elementy, obserwować, jak ewoluują na tle pozostałych instrumentów, czy partii wokalnych Meynarda. Tool buduje niezwykle plastyczne faktury dźwiękowe, które powtarzane i potęgowane przez kolejne elementy, rozbudowują się w zwielokrotnioną mozaikę fraktali. Pięknie charakter tych konstrukcji oddaje grafika na okładce albumu. Powtarzalna sekwencja małych oczek, pokrywająca ginącą w ciemności spiralę.

Jedno z pierwszych skojarzeń, jakie powstało w mojej głowie podczas słuchania, to scenografia do Obcego autorstwa H.R. Gigera. Biomechaniczne, ciemne korytarze, jakby wnętrze wielkiego skamieniałego organizmu, jakby tchawica od środka. Taka właśnie jest “Pneuma”. Dużo powietrza jest w tym albumie, nie tylko w warstwie tekstowej. Duchowość i transcendencja. Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że jest to album medytacyjny. Transowe linie basu i instrumenty perkusyjne, długie sekwencje, które wprowadzają w nastrój jakby kirtanicznej modlitwy, by później, rozbudowane wokalem i partiami gitary, przenieść na wyższy poziom lub wybudzić ze snu dekonstrukcją i nagłymi zmianami rytmu.

Kolejny track, w zasadzie elektroniczny przerywnik, łączący “Pneumę” z kolejnym utworem, odbiega stylistycznie od reszty. Ambientowy vocoder, echa i klawisze. Jest to jedna z trzech miniatur muzycznych, których nie znajdziemy na wydaniu CD. Szkoda, bo te elektroniczne, nastrojowe łączniki są ważnym oddechem pomiędzy wielominutowymi kompozycjami. Potraktujmy więc wersję cyfrową albumu jako swoisty director’s cut albumu.

Przeszło 12-minutowy, znany z koncertów “Invicible” znów transuje na wstępie, by stać się jednym z najlepszych popisów wokalnych Keenana. Słucham go po raz kolejny, niezwykle delikatny, melacholijny, aż prosi się o wersję akustyczną. Polirytmia drugiej części utworu zmiata kompletnie. Perkusja Danny’ego Careya i gitara Jonesa dialogują w sposób niebywały. Crimsonowska dekonstrukcja popycha album w ciężkie, metalowe rejony i choć może trochę tu brakuje naprawdę ciężkiego, metalowego zwieńczenia, mi to absolutnie wystarcza. Płyta nie traci na spójności i, moim zdaniem, dociążona jest w stopniu wystarczającym.

Kolejny “bridge” do utworu “Descending”, to znów elektroniczna, krautrockowa miniaturka “Legion Inoculant”, której nie będzie na CD. Szkoda. “Descending”? Cholera, znów chciałbym usłyszeć to na gitarze akustycznej. Kompozycja rozwija się znów w stronę tribalowej perkusji z fenomenalną gitarą Adama Jonesa. I znów ta krautrockowa elektronika w tle, dużo jej na tym albumie, zwłaszcza w wersji cyfrowej. I bardzo dobrze, wszak to jest “to, co tygrysy lubią najbardziej”, …no dobrze, niech będzie… to jest to, co najbardziej lubi tygrys piszący tę recenzję.

“Culling Voices” to utwór, który najbardziej lubię na “Fear…”. Piękne klawiszowe intro przechodzące w delikatną gitarę i głos Maynarda. Pusciferowy jakiś, jakiś znajomy… Budzi moje skojarzenia z “Horizons”, z “Conditions of my Parole”. Spokojny i wyważony, tradycyjnie w drugiej części przełamany metalowym łoskotem.

“Chocolate Chip Trip” – znów instrumentalny przerywnik, jakby żywcem wzięty z muzyki konkretnej. Dużo elektroniki i instrumenty perkusyjne. “Und keine Eier!!! Und keine Eier!!!” – coś krzyczy mi z tyłu głowy, jak w utworze “Die Eier von Satan”. Znów perkusyjny popis Danny’ego i gitara jak struny elektrycznej wiolonczeli.

Zwieńczenie albumu i jednocześnie najdłuższy utwór na płycie to trwający przeszło kwadrans “7empest”. Tak, siódemki są bardzo obecne na płycie. Siedem utworów w wersji podstawowej, siedmiominutowa solówka Adama Jonesa i (prawie) wszystko liczone na siedem. 

“Nawałnica” jest pod każdym względem najcięższym utworem na albumie. Synkopowany wokal Keenana zwielokrotniony poprzez kolejne warstwy, tradycyjnie ciężkie, cholernie Toolowate (bo jakże inaczej) basidło
Justina Chancellora, agresywna i poszarpana gitara Jonesa. Dźwiękowa nawałnica miażdży i jest kolejnym dowodem genialnego warsztatu każdego z członków zespołu. Trochę w tym ostatniego albumu Perfekcyjnego Kołeczka, ale to chyba nikogo nie dziwi…

Wersję cyfrową kończy floydowski, a może Watersowski “Mockingbeat”. Coś jak eksperymentalny utwór z floydowskiej Ummagummy, ten o zwierzątkach futerkowych, “zebranych w jaskini w celu wspólnej zabawy z Pictem” 

Koniec… cisza… oddech…. refleksje… i jeszcze raz od początku. To bardzo “grywalny” album. Nadaje się do słuchania i jako tło muzyczne, i jako materiał do rozsmakowywania się każdym drobnym elementem.

Ach, jeszcze utwór tytułowy, rozpoczynający album…, ale do niego wrócę chyba dopiero wtedy, gdy reszty także nauczę się na pamięć…

Warto było czekać, warto zamówić wydanie fizyczne i czekać na dostawę ze Stanów. No, chyba że stać Was na rodzimych dystrybutorów. Mnie chyba nie.

Na koniec, podsumowując – “Fear Inoculu”, moim zdaniem, to kandydat na płytę roku. Umiejętności każdego z członków zespołu zapierają dech w piersiach. Wszystko współgra, wszystko się równoważy, wszystko tworzy fenomenalną całość.
Bez wątpienia znajdą się marudy narzekające i stękające, że nie, że nie tak, że mogło być lepiej. Może mogło, zawsze może, czasem tylko pytam, po co?

Moja ocena (wersji cyfrowej albumu) 10/10

Polub nas!
error20
Maciek Mydlak

Written by

Maciek Mydlak - Aktor, dźwiękolub, sarkasta. Po wielogodzinnej pracy na scenie, neurony wymagają resetu. Codziennym lekarstwem - dźwięki. Od Sylviana, po Reznora. Od Danziga, po Gilmoura. Od ambientu, do djentu. Stosować w dużych dawkach, popijać kawą.

You may also like...

2 komentarze

  1. Avatar Jacek pisze:

    Płyta powinna być słuchana w Hi Res w 24/96 . Na dobrym sprzęcie audio…..

  2. Avatar Miły pisze:

    Profesjonalna recenzja znakomitego albumu 10/10, nowy Tool rośnie w siłę z każdym kolejnym odsłuchem, bo Fear Inoculum jest taki jak być powinien – dojrzały pod każdym względem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!