suspiriasuspiria luca guadagnino

Suspiria. Brutalny obraz matriarchatu

Luca  Guadagnino ma na koncie prestiżowe europejskie nagrody, opinię reżysera posiadającego fantastyczny zmysł estetyczny, a przede wszystkim kilka świetnie zrealizowanych filmów. Po jaką cholerę więc ubzdurał sobie, że powinien wziąć na warsztat klasykę kina grozy, interpretując ją na nowo? Tego nie wiem, ale zapewniam, że wyszedł z tego obronną ręką.

Przeciętnemu widzowi nazwisko Dario Argento może niewiele mówić. Jednak ten włoski reżyser w 1977 roku swoją Suspirią wyznaczył absolutny kanon kina grozy, a konkretnie podgatunku giallo, który wszystkim współczesnym pseudohorrorom przetarł szlak (i to w latach 70’ i 80’) w kwestii łączenia seksu z przemocą, fetyszami, estetyką BDSM, czy po prostu krwawą, naturalistyczną jatką. Jeśli więc na ekrany wchodzi jakikolwiek film, który reklamuje się przemocą, jakiej jeszcze świat nie widział, to tak naprawdę nieświadomie próbuje wyważyć drzwi na nowo. Drzwi, które Argento otworzył dawno temu. W zasadzie nikt po nim nie wymyślił w horrorze czegokolwiek nowego. Nie będzie więc świętokradztwem napisanie, że Suspiria dla kina grozy jest tym, czym dla science fiction Łowca Androidów Ridleya Scotta.

Luca  Guadagnino nie postanowił jednak tworzyć remake’u. Nie jest to nawet sequel. To autorska interpretacja klasyki, pozbawiona nostalgii, za to pełna filmowego kunsztu (choć to słowo zawsze brzmi nieco zbyt pompatycznie) i precyzji w konstruowaniu absolutnie zachwycającej, surrealistycznej rzeczywistości. Ponad 40 lat temu Argento napisał i wyreżyserował stosunkowo prostą historię utalentowanej baletnicy, która przyjeżdża do prestiżowej, wiedeńskiej szkoły. Tam atmosfera gęstnieje, i tak aż do wielkiego finału. Guadagnino zmienia kontekst, wpisując w to odważną opowieść o instytucji totalnej, w całości opartej na bezwzględnym matriarchacie, który tylko w naszej rodzimej Seksmisji wypada zabawnie. Matriarchat u Guadagnino rządzi instytucją totalną (szkoła nadaje się na nią idealnie), tocząc swoje manipulacje i wewnętrzne gry o władzę. W tym wszystkim obserwujemy motyw dziwnej sekty, która nabiera niepokojącego dwugłosu – mamy tu sektę realną, która koresponduje z oryginałem z 1977 roku, oraz sektę mniej oczywistą, jaką bez wątpienia jest hermetyczny świat sztuki. Madame Blanc (grana przez jak zwykle genialną Tildę Swinton) próbuje bowiem stworzyć z dziewczętami spektakl Volk, który ociera się o transcendentalne przeżycie z pogranicza religijnej ekstazy. Ostatecznie spektakl ten możemy obejrzeć w trakcie bardzo rozbudowanej sceny i muszę przyznać, że byłem pod wrażeniem zarówno samej choreografii, jak i genialnej reżyserskiej pracy. Tutaj zagrał każdy detal.

Sam film wzmacnia swoją grozę poprzez oniryzm. W końcu jedyną płaszczyzną, na której wszelkiego rodzaju diabły, wiedźmy i inne pierwotne strachy mają rację bytu, jest właśnie koszmar senny. Guadagnino wykorzystał jednak poetykę snu w nieco oryginalniejszy sposób. Nie odwołuje się tylko do snów pod postacią koszmarów bohaterów. Samym filmem rządzi niejako mechanika snu. Wydarzenia (same w sobie nierealistyczne) rozgrywają się w dziwnym, pozornie niesklejającym się porządku, postacie w swojej demoniczności są mocno teatralne, wnętrza są nieludzko wielkie i przytłaczające, zaś świat zewnętrzny przybiera dziwne, nienaturalne barwy. No i w tle rozgrywa się trudny do ogarnięcia wątek polityczny, o którym wiemy niewiele i z tą niewiedzą czujemy się mocno zakłopotani. Znajdujemy się bowiem w Berlinie 1977 roku z szalejącymi wydarzeniami tzw. niemieckiej jesieni. Zewsząd dobiegają komunikaty o kolejnych posunięciach Frakcji Czerwonej Armii. Wiemy niewiele i z tą niewiedzą czujemy się mocno zakłopotani. Czujemy, że na zewnątrz jest niebezpiecznie, więc naturalnie chcielibyśmy się ukryć w środku. Jednak wnętrza nie uspokajają – wręcz przeciwnie.

Celowo nie opowiadam o samej fabule, ponieważ ta posiada zbyt wiele wątków. Próba ich streszczenia mogłaby wywołać mylne założenie, że film jest chaotyczny, co nijak nie ma się do rzeczywistości. Wręcz przeciwnie.  Guadagnino kręci po profesorsku, analizując motywacje i zmartwienia bohaterów w psychoanalityczny wręcz sposób (zresztą wątek psychoanalizy znajduje się w filmie). Do tego dokłada idealną grę obrazem, który zręcznie deformuje i koloruje w taki sposób, aby podporządkować go zupełnie innej, stworzonej w swojej głowie rzeczywistości. Wystarczy obejrzeć zwiastun, aby dowiedzieć się, że ma się do czynienia z estetą najwyższej klasy. To jeden z tych filmów, które można oglądać z wyłączonym dźwiękiem, zachwycając się samą tylko pracą kamery. Tylko po co, skoro traci się w ten sposób kawał kina.

suspiriasuspiria luca guadagnino

Luca Guadagnino lubi skandalizować, ale jest to zupełnie inny rodzaj skandalisty niż choćby Lars von Trier. Duńczyk jest cynikiem, który w swoich filmach wprost kpi z widzów, zestawiając absolutnie genialne fragmenty swoich filmów z takim, przy których wręcz więdną uszy. Ulubionym zabiegiem  Larsa von Triera wydaje się być nakręcenie przeintelektualizowanej sceny, doprawionej brutalnym seksem i muzyką klasyczną w tle tylko po to, aby patrzeć, jak artystyczne elity stają na głowie, byle zinterpretować, co reżyser miał na myśli. Luca Guadagnino o wiele bardziej szanuje widza. Tym bardziej na ironię zakrawa fakt, że z premedytacją wydał zgodę na to, aby film pokazywano na maratonach horrorów. Umówmy się, że publiczność tego typu wydarzeń oczekuje raczej przewidywalnych jumpscarów, niezbyt wymagających fabuł, niewygodnych foteli i smaku popcornu, więc Suspirię za każdym razem wygwizdywano lub wyśmiewano, nie zagłębiając się w obraz. Guadagnino to typ reżysera-filmowego erudyty, który zręcznie zagrał na nosie rozleniwionej, filmowej publiczności. Aż chce się zacytować Gogola: Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie.

Oczywiście Luca nie byłby sobą, gdyby nie zrobił jednego kroku za dużo. „Za dużo” zobaczymy w finale, z którego uczynił absolutne święto kiczu, będące jednocześnie hołdem złożonym klasycznemu, włoskiemu kinu grozy. Czy wypada to fatalnie? Oczywiście, że tak. Momentami wręcz nie da się oglądać przerysowanego finału. Tutaj Guadagnino zrobił coś niebywałego – z premedytacją naraził się na ironiczne uśmieszki i docinki, wiedząc że większość widzów nie rozgryzie sensu takiej, a nie innej wizji finału. Zwłaszcza że większość widzów usiądzie do filmu bez filmoznawczego przygotowania z zakresu środków filmowych charakterystycznych dla gatunku giallo z włoskiego kina lat 70’. I ma do tego święte prawo. Pamiętajcie jednak o tym, że Luca  Guadagnino składa w ten sposób hołd swojemu rodakowi i mistrzowi. I żeby to zrobić musiał być naprawdę pewny, że zrobił genialny film.

Polub nas!
error20
Patryk Zalaszewski

Written by

Miłośnik kina niezależnego, "zbieracz" książek i płyt, na co dzień copywriter.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!