Zwierzęta nocy. Wszyscy jesteśmy tchórzami

Czy da się jeszcze stworzyć kino zemsty, które nie jest sztampowe, nudne i przewidywalne? Tom Ford, czyli filmowiec, który nie jest filmowcem, pokazuje, że można wywrócić każdą konwencję do góry nogami, robiąc z najbardziej oklepanym motywem coś, co pozostawi w widzu ślad na kawał czasu. Udało mu się zmusić mnie do kilkukrotnego włączenia pauzy, żeby przemyśleć to, co widzę. I żeby chwilę ochłonąć, bo brutalna zbrodnia w tym filmie nie jest najstraszniejszym, co możemy zobaczyć.

Tom Ford w 2000 roku został ogłoszony najlepszy projektantem na świecie. Z kolei w 2012 roku magazyn Time ogłosił go jedną z ikon mody. W międzyczasie Ford wydał markę swoich perfum (można kupić w sieci Douglas za ok. 1000 zł – jeśli ma się tysiąc złotych to warto, a jeśli tysiąca się nie ma, to nie warto). Przed 50-tką przypomniał sobie, że zawsze chciał robić filmy. Więc zaczął je robić.

Po co o tym wspominam? Choćby po to, żeby podkreślić, że ten facet ma wszystko, aby być fatalnym, niemającym nic do powiedzenia, pretensjonalnym reżyserem. Ale cholera, prawda jest inna – ten gość zrobił, jak na razie, 2 autorskie filmy (A Single man i Nocturnal animals) i oba są strzałami w dziesiątkę. To kawał fantastycznego, autorskiego kina, dopracowanego w każdym calu – od scenariusza Forda, przez klimat, specjalnie skomponowaną muzykę, aż po dobór kadrów i barw. Jednak najważniejsze, co ma Ford to to, co mają nieliczni twórcy – umiejętność zmieniania gęstości i koloru powietrza w pokoju po obejrzanym seansie.

Zwierzęta nocy to historia, która rozgrywa się na trzech płaszczyznach:

1. ukazując nam obecne życie Susan (Amy Adams, od której trudno oderwać wzrok i bynajmniej nie jest to seksistowska uwaga) – sfrustrowanej, nieszczęśliwej kobiety, żyjącej u boku bogatego męża. Susan jest znudzona własną, pretensjonalną sztuką, którą wystawia w równie własnej, prestiżowej galerii. Jej plastikowe życie, przebiegające przez ogromne i puste pomieszczenia, wypełniają równie sztuczni ludzie,

2. w retrospekcjach Susan, w których poznajemy jej skończony związek z Edwardem, początkującym pisarzem, który nie był dla niej wystarczająco dobrze sytuowany,

3. i wreszcie w na trzeciej płaszczyźnie, którą można śmiało nazwać „filmem w filmie”. To zilustrowana fabuła książki Edwarda, którą ten przesyła Susan ze specjalną dedykacją. To krwawa, pełna przemocy historia Tony’ego, którego dotknęła tragedia straty żony i córki. Ten musi wziąć na siebie rolę mściciela, ale nie potrafi tego zrobić. Istotne jest to, że sama książka przepełniona jest nawiązaniami do przeszłości Susan i jej związku.

Każda z trzech płaszczyzn kręcona jest w zupełnie inny sposób. Mamy tu całą paletę barw: od chłodu nowoczesnej galerii, przez historię tragicznego związku, aż po krwawą i brutalną wendetę rozgrywającą się na rozdrożach Teksasu. Całość dopełnia dopilnowana przez forda muzyka, skomponowana przez Abla Korzeniowskiego (znajdziecie ją na YouTube), przywodząca na  myśl stare, amerykańskie kino, w którym partytura muzyczna odgrywała rolę równie wielką, co widowiskowe zdjęcia. Tych w filmie zresztą nie brakuje.

Tak naprawdę każda z trzech płaszczyzn jest interesująca, choć zupełnie odrębna. Obecna Susan przeżywa dramat życia z osobą, której w głębi serca nienawidzi. Do tego możemy podpatrzeć jej relację z matką, czy w zasadzie z matroną, która żyje w zupełnie innym, kompletnie nieznanym nam świecie Olimpu, zarezerwowanego dla amerykańskiej elity. I muszę przyznać, że motyw ten zupełnie by mnie nie interesował (nie potrafię utożsamić się w żaden sposób z problemami oderwanej od rzeczywistości, amerykańskiej elity), gdyby nie biografia samego reżysera i autora scenariusza w jednej osobie. Ford nie ukrywa, że doskonale zna środowisko kalifornijskich elit – jako projektant musiał im się przymilać, tworząc kreacje dla największych nazwisk. Teraz metaforycznie pokazuje im środkowy palec, portretując ich środowisko chłodno i ironicznie. Doskonałym przykładem są kadry, które otwierają film. Te w doskonały sposób pokazują nam pretensjonalną do granic wystawę sztuki, zarezerwowaną dla „amerykańskiej śmietanki towarzyskiej”: taniec otyłych, nagich kobiet, zabawiających zblazowane elity artystyczne. Trudno nie uśmiechnąć się na ten przytyk. 

Nie da się jednak ukryć, że na pierwszy plan wybija się tu historia z powieści, rozgrywająca się na rozpalonych rozdrożach Teksasu. Edwarda, który przesyła ją Susan, oraz Tony’ego, czyli fikcyjnego bohatera, którego wykreował, gra ten sam Jake Gyllenhaal. Staje się dla nas oczywiste, że fabuła, która miała być aktem swoistej zemsty na eks-żonie, staje się czymś o wiele więcej – masochistycznym rozrachunkiem z własną ułomnością. I tutaj pojawia się ciężar tego filmu, bo owa słabość tkwi w każdym z nas. Ford dobitnie uświadamia nam pewien dysonans: może istnieć kino krwawej wendety, ale sama zemsta jest niemożliwa. Tony nie dość, że nie potrafił obronić swojej rodziny, to do tego wszystkiego nie potrafił unieść ciężaru zrobienia tego, co „na mężczyznę przystało”. Musi więc pomóc mu wąsaty szeryf w kowbojskim kapeluszu, wyjęty rodem z westernu – co za trafny komentarz, a przy tym pomysłowa gra konwencjami i kliszami filmowymi.

Po co w tym filmie jest zbrodnia? Po to, żeby tworzyć kontrast dla tego, co od zbrodni jeszcze straszniejsze. Chodzi tu o zaplątanie się w rolach, które musimy udźwignąć: roli dobrej żony, roli mężczyzny, który musi unieść każdy ciężar, roli córki, która musi podjąć właściwy dla siebie wybór – właściwy, czyli ten podyktowany jej przez matkę. 

Żeby podnieść nasz lęk przed życiowymi porażkami i niemożliwością stanięcia na wysokości zadania (którego wymaga od nas nasza życiowa rola), Ford pokazuje nam zbrodnię, której przebieg ściska nas w żołądku. Nie da się nie zastanowić w tym momencie, jak ja bym się zachował w sytuacji głównego bohatera i w tym momencie dopada nas przerażenie jeszcze większe, bo musimy uczciwie przyznać, że nie zrobilibyśmy nic. Tak po ludzku nic. To fantastyczne kino, w którym Ford pokazuje nam, że jest coś o wiele bardziej przerażającego od przemocy – niemożność odpowiedzenia na nią w jakikolwiek sposób.

Polub nas!
error20
Patryk Zalaszewski

Written by

Miłośnik kina niezależnego, "zbieracz" książek i płyt, na co dzień copywriter.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!