#recenzujemy The Aristocrats “You Know What…?”

Nie da się ogarnąć wszystkiego. Czwarty album supergrupy – tria The Aristocrats umknął mej uwadze przed premierą (zarobiony jestem, a i początek urlopu odciął mnie trochę od muzycznego grzebactwa). Dziś, zupełnie przypadkiem trafiłem na wydany w czerwcu tego roku album fenomenalnej formacji, której fanem jestem przecież wielu lat, toteż podzielę się pierwszymi wrażeniami po wysłuchaniu ich najnowszej produkcji.


Arystokraci, to grupa tworzona przez trzech wyśmienitych muzyków, genialnego perkusistę – Marco Minnemanna, fantastycznego gitarzystę – Guthrie Govana i cudownego basistę – Briana Bellera. Ich muzyczne rodowody sięgają przeróżnych stylów muzycznych, od metalu, przez rock progresywny, po jazz. Niesamowita mieszanka stylów i osobowości. 
You Know What…? podobnie jak poprzednie albumy, zawiera materiał instrumentalny, choć w paru utworach trafiają się głosy, ale jedynie w charakterze instrumentacyjnym. Przyznam, że niezbyt przepadam za progiem w wersji instrumentalnej… to budowanie nastrojów, to pałowanie się własną wirtuozerią, samozachwyt kapiący z każdej solówki, czy konstrukcji rytmicznej i… ta koturnowość… Jak mawia mój znajomy, Draq – chłopaki opętane przez gitarę.

Tu jest inaczej! Panowie nie popisują się, raczej okładają się swoimi umiejętnościami, nawalają po głowie kolejnymi muzycznymi propozycjami i przy tym, co najważniejsze – świetnie się bawią, pozwalając nam być świadkami tego rockowego pillow party. Wbrew nazwie, Arystokraci to nie panowie w smokingach zapięci na ostatni guzik, to łobuzy z sąsiedztwa świetnie bawiący się swoimi muzycznymi umiejętnościami.

Zabawa to kompletnie nieprzewidywalna, muzyczny dialog… ups! …trialog wysokiej klasy profesjonalistów. Jednocześnie odnosi się wrażenie totalnej lekkości i równowagi pomiędzy muzykami, trudno mówić o instrumencie wiodącym. Każdy ma swoje pięć minut, jakby każdy dokładał równo trzecią część do tego tortu. Warto obejrzeć ich koncertowe dvd sprzed paru lat (dziękuję siostrzeńcze za to wydawnictwo, które przywiozłeś mi z koncertu, na który z przyczyn zawodowych pojechać nie mogłem), by zobaczyć, jak wspaniale żonglują stylami i świetnie bawią się grając na scenie. Tę zabawę słychać również na tym albumie. Niesamowita, perfekcja znakomitych muzyków, album bardzo przemyślany, ale czuje się, słyszy się w nim tę improwizację, zabawę z grania i tworzenia muzyki znaną z poprzednich produkcji. Radocha z grania, radocha ze słuchania, bo bawią się panowie świetnie i bawimy się słuchając tego muzycznego koktajlu metalu i jazzu, bluesa…a nawet w jednym z utworów, country. 
… nie, nie bójcie się, wszystko podane w bardzo smakowitym sosie i jak zwykle…. nie do końca na poważnie, o czym świadczyć może nawet okładka albumu. 


Heh, zauważyłem, że słuchając nagranej przez Arystokratów “czwórki”, mam kulinarne skojarzenia
. No cóż, bo jest to album niezwykle smakowity – jak zestaw sałatek. Od lekkich orzeźwiających i owocowych, po ciężkie, polane majonezem i z kawałkami kiełbasy. A w każdej z tych sałatek mnóstwo smakołyków i nigdy nie przewidzisz co wyląduje na widelcu, gdy głęboko zaczerpniesz. 
Tego nie da się posłuchać raz, to wkłada się do odtwarzacza i słucha bez przerwy, i wciąż, i znów.  Jak zwykłem mawiać – palce lizać, uszy lizać.


Krążek otwiera bardzo dynamiczny “D-Grade Fuck Movie Jam”, pięknie kumkający gitarą i przepełniony Hendrixowskim klimatem, by zaraz przejść w hiszpańskie flamenco w utworze “Spanish Eddie”. Jednak flamenco grane przez Guthriego nabiera tu chwilami bardzo math-rockowego charakteru. Trzeci utwór…. heh… no country, po prostu country. Zakręcone, z kumkającymi żabami i banjo, przywodzi mi na myśl, plastikowych cowboyów z klipu Primusa. Nie jest to co prawda bas Lesa Claypoola, ale i tak zabawa jest przednia. Dalej jest tylko lepiej – wręcz blues rockowy “All Said and Done”, ciągnie drugą połowę albumu w jazzowe, przeplatane metalem rejony.
Mój ulubiony utwór? Myślę, że sześciominutowy “Spiritus Cactus”, z połamanymi rytmami Minnemanna i gitarą, jakby wyjętą z Metheny’ego. Piękne ambientowe przejścia i…. fortepian.

Znakomity, przepyszny, bardzo godny polecenia album. Jestem przekonany, że znajdzie się w ścisłej czołówce albumów bieżącego roku. Od strony miksu i realizacji, odnoszę wrażenie, że album brzmi cieplej i pełniej od poprzednich. Dźwięk wchodzi miękko w pełnym spektrum, może brak mu pewnej szorstkości i nieuczesania znanego z choćby z pierwszego albumu, ale ani na moment nie traci autentyczności przekazu wczesnych nagrań.

Polub nas!
error20
Maciek Mydlak

Written by

Maciek Mydlak - Aktor, dźwiękolub, sarkasta. Po wielogodzinnej pracy na scenie, neurony wymagają resetu. Codziennym lekarstwem - dźwięki. Od Sylviana, po Reznora. Od Danziga, po Gilmoura. Od ambientu, do djentu. Stosować w dużych dawkach, popijać kawą.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!