O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu. Irański obraz Sodomy i Gomory

W 2014 roku Ana Lily Amirpour debiutowała wyjątkowo subtelnym filmem, który porusza jak najmniej subtelny temat: degradacja uczuć i wartości tzw. świata zachodniego. Widzowi zostawiła masę tropów interpretacyjnych, zadbała o drobiazgowo zaplanowane kadry i oniryczną atmosferę, a całość umieściła w fikcyjnym Złym Mieście, umiejscowionym gdzieś w rodzinnym Iranie. To właśnie dualizm tożsamości Amirpour wydaje mi się najbardziej interesujący. Jako Iranian-American (Amerykanka irańskiego pochodzenia, do tego urodzona w Anglii) ma w genach zapisaną szerszą perspektywę patrzenia na te dwie, wydawać by się mogło skrajne kultury, czy jak kto woli: cywilizacje.

Upadek tzw. cywilizacji zachodniej jest bardzo wdzięcznym tematem, o którym można napisać dosłownie wszystko. Dla jednych jest wynikiem odejścia Europy od jej duchowych korzeni, a dla innych to właśnie chrześcijańskie dogmaty, zakładające niemożliwe do wcielenia we współczesne życie rozwiązania, przynoszą zahamowanie rozwoju, a więc niechybny regres cywilizacji. Początkiem końca wydaje się być egzekucja Ludwika XVI (1793 r.), kiedy to okazało się, że można bezkarnie ściąć głowę króla sprawującego władzę z boskiego nadania i, o dziwo, niebo nie zawali się na głowę. Oswald Spengler, niemiecki filozof kultury i historii, już 100 lat temu wydał książkę Zmierzch zachodu, w której przeprowadził autorską analizę etapów rozwoju cywilizacji. Wskazał tam, że w pierwszej kolejności kultura inspiruje się religią, a po wyczerpaniu tej formuły przychodzi etap duchowego zmęczenia i to właśnie w duchowym zmęczeniu cywilizacja zaczyna pękać, nastawiając się na wygodę. To właśnie ta wygoda ma odpowiadać za marazm i ospałość – innymi słowy, za pędzenie w przepaść z uśmiechem na ustach.

Oczywiście z perspektywy czasu wszyscy wiemy, jak wielką intelektualną ramotą jest dzieło Spenglera. Na przeciwnym biegunie jest Dziewczyna, która wraca nocą sama do domu – obraz pełen klasy i wdzięku, który bardzo świadomie pokazuje wszystko to, co pokazać chciała autorka. Jego melancholijność (wyrażona choćby w muzyce, czy czarno-białym obrazie), surrealistyczność (przez którą trudno od tego obrazu się oderwać) i spokój obecny w każdym kadrze przyciąga, uspokaja i jednocześnie zasiewa w mózgu ziarno niepokoju. Dlaczego? Bo Złe Miasto, w którym rozgrywa się akcja, w swoim zepsuciu niebezpieczne przypomina inne mityczne miejsca, jak choćby Sodomę i Gomorę. Mówiąc wprost: reżyserka podsuwa nam tropy, które siłą rzeczy każą nam zastanowić się nad tym, jak blisko rzeczywistość za oknem zbliża się do znanych we wszystkich kulturach mitach dotyczących „grzesznych miast, które chylą się ku upadkowi”.

O czym w ogóle jest film? To historia stosunkowo prosta, a jednocześnie każda próba streszczenia fabuły tylko zubaża obraz, co widać po komentarzach w internecie. To kino autorskie, niegatunkowe, więc nie dajcie się zwieść dystrybutorowi, który kategoryzuje film, jako horror/romans. 

Zaczyna się od szerokiego ujęcia, na którym widzimy chłopaka wystylizowanego na Jamesa Deana. To on przeprowadzi nas przez to irańskie miasteczko o wymownej nazwie: Bad City. W rękach niesie kota – w kulturze arabskiej zwierze uświęcone, na które w żadnym wypadku nie można podnieść ręki (w arabskich opowieściach kot Muezza wielokrotnie ratował życie proroka Mahometa). Kadry szybko się deformują, a na jednym z kolejnych widzimy płytki rów, wypełniony ludzkimi ciałami. Tych ciał będzie przybywać, a dla żadnego z bohaterów widok ten nie będzie niczym niezwykłym. Jakby Bad City odcięte było od świata, co nasuwa kolejne skojarzenie – Dżumę Alberta Camusa, która również opowiada o mieście odciętym, opanowanym przez zarazę, która okazuje się być metaforą grzechu i zepsucia.

Już sam tytuł, o dziewczynie, która wraca nocą sama do domu, sugeruje nam, że w tej rzeczywistości dzieją się rzeczy, które dziać się nie powinny. Owa dziewczyna osłonięta jest zresztą tradycyjnym, arabskim czadorem, w którym przemierza uliczki, jako wampir, nawiedzający kolejnych mieszkańców.

Oczywiście nie jest to sztampowa opowieść o wampirach – w takich tasiemcach specjalizuje się amerykańskie kino. W obrazie Amirpour wampiryzm jest metaforą pewnej postawy. Tutaj odhumanizowani ludzie się po prostu wykorzystują: uzależniony ojciec rujnuje życie syna, a lokalny diler wykorzystuje kobiety, traktując je przedmiotowo (wymowne, biorąc pod uwagę skrajnie patriarchalny model arabskich społeczeństw).  I za tymi wszystkimi tragediami widzimy powtarzający się jak mantra obraz pracujących maszyn, prawdopodobnie wydobywających ropę naftową. Znaczące jest to, że przy maszynach nie ma ludzi – maszyny pracują same, bezwiednie i beznamiętnie. Nikt nie jest więc winny, ale też nikt nie może ich zatrzymać. 

Wampiryzm w kulturze zawsze był metaforą pozbawiania człowieczeństwa, choćby poprzez systematyczne upuszczanie z niego emocji i wartości. Dziś w psychologii funkcjonuje termin wampira energetycznego, który brzmi zabawnie, ale całkiem trafnie oddaje pewien stan psychiczny, w którym dana osoba pozbawia inną jej witalności. U Amirpour nie odpowiadają za to konkretne osoby, lecz zjawiska (mechanizacja, ciężki przemysł), figury (bezwzględny, nastawiony na absolutny hedonizm handlarz narkotykami, czy błąkająca się po świecie sierota, niejako z góry „skazana” na życie w emocjonalnej nędzy), czy wreszcie fatum – ludzie, którzy nie mogą odnaleźć swojego szczęścia, zatracają się we własnej beznadziei. 

Jej film to także uczta dla oka, choć nie pusta, jak w przypadku art housowych dzieł, które oferują fantastyczne doznania estetyczne pod jednym tylko warunkiem: że nie będzie próbowało się poddać ich analizie krytycznej. Amirpour nie wpada w pusty, nowoczesny art house, wręcz przeciwnie – zmyślnie żongluje filmowymi nawiązaniami, jak choćby do niemieckiego ekspresjonizmu, który opowiadał przejmujące historie za pomocą grozy i makabry. Mamy też jawne nawiązanie do amerykańskiej kultury w postaci bohatera, który do złudzenia przypomina Jamesa Deana. Trudno uwierzyć, że już w debiucie można wykazać się tak ogromną zręcznością w tworzeniu materii filmowej.

O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu wprowadza w realny trans. Oczywiście pod warunkiem, że człowiek temu transowi się podda, akceptując wykreowaną przez Amirpour rzeczywistość. Ta działa na zupełnie innych zasadach niż te, do których przyzwyczaiło nas kino europejskie, czy amerykańskie. Po spełnieniu tych warunków następuje wyciszenie i dopiero w tym wyciszeniu można dostrzec to, co znajduje się pod skórą. A tam, przynajmniej w świecie Amirpour, znajduje się masa brudu, nadziei i romantyzmu rodem z amerykańskich westernów i japońskich opowieści o samotnych samurajach, w których jeden sprawiedliwy staje naprzeciw całego zła świata. Te obrazy się oczywiście zestarzały, stając się często ramotami pokroju dzieł Spenglera – tym bardziej chwała tej skromnej i subtelnej reżyserce (ale też scenarzystce) z Bliskiego Wschodu, za to, że nadała tym wartościom powiewu świeżości, dodając do nich irańskiego ducha.

Polub nas!
error20
Patryk Zalaszewski

Written by

Miłośnik kina niezależnego, "zbieracz" książek i płyt, na co dzień copywriter.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!