Trzy death metalowe albumy, po które warto sięgnąć w czerwcu

Poniżej kilka słów na temat albumów, które ostatnimi czasy magluję dość często. Postawiłem na jednorodność gatunkową, jednak każda z opisanych płyt pomimo oczywistego rodowodu stawia na ciut inne środki zniszczenia. Dodatkowo, każda z nich ma swój charakter, co nie jest normą przy obecnym zalewie wydawnictw wszelakiej maści.

Zaczniemy od „Damnatio Ad Bestias” amerykańskiego Imprecation. Było to moje pierwsze zetknięcie z tym bandem i okazało się, że jest to kapela „z przeszłością” sięgająca wczesnych lat 90-tych. Zespół zamilkł pod koniec XX wieku na dziesięć lat i debiutanckiego albumu doczekał się w 2013 roku. Jak zatem prezentuje się jego następca? Imprecation w swojej muzyce stawia zdecydowanie na ciężar i walce. I takie granie to ja lubię. Siłą tej płyty są stutonowe riffy, których mocy nic się nie oprze. Mięsiste, gitarowe mielenie w niespiesznych tempach wwierca się w czachę już od pierwszego przesłuchania. Czasem tu i ówdzie znajdziemy wpleciony blast (nadal jednak bez kosmicznych prędkości) czy plamę klawiszy uwypuklających złowieszczy klimat „Damnatio Ad Bestias”. Przy pierwszych odsłuchach nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Imprecation wskrzesiło atmosferę znaną chociażby z pierwszych płyt Deicide. Ta płyta mimo swojej brutalnej siły i, nie zamierzam tego ukrywać, dość prostej formy jest też chwytliwa, co pozwala często do niej wracać bez obawy o nudę. Swoje największe walory – riffy zespół znakomicie przybrał w brzmienie. Przy wszechobecnym schodzeniu do piwnic i przykrywaniu wszystkiego gruzem (często niestety też braku umiejętności, czy pomysłów) Imprecation postawiło na mocarny i mięsisty sound, przenosząc niejako brzmieniowe wzorce z lat dziewięćdziesiątych do współczesności. Wyszło im to znakomicie. Te dźwięki po prostu miażdżą! Wracając do tego krążka po jakimś czasie śmiało mogę powiedzieć, że „Damnatio Ad Bestias” jest zajebistym albumem, walącym po ryju, plującym bluźnierstwem na wszelkie świętości i bóstwa. Czego chcieć więcej od death metalu?!

Nowy album Krypts to jedna z bardziej wyczekiwanych przeze mnie premier tego roku. Finowie mają swój dość specyficzny charakter muzyki, którym kupili mnie od czasów debiutu. No właśnie: jak wyjaśnić komuś kto nie zna tej kapeli w jakim stylu łupie Krypts? Przypięto im łatkę pomazańców Incantation. I jest w tym sporo racji. Jednak Krypts sięga też po elementy charakterystyczne dla fińskiej sceny takie jak melodyka (oczywiście w granicach rozsądku) i nastawienie na klimat. Na „Cadaver Circulation” wszystkiego jest po dostatkiem.  Smolisty death metal oprawiony duszną, mroczną atmosferą w wykonaniu Krypts potrafi zrobić niezłe spustoszenie pod kopułą. Chciałem zestawić nowy album Finów z poprzednikiem, ale musiałbym wtedy napisać, że nic nowego tu nie wymyślono. No bo po co? Kapela opiera swój death metal na transowych rozciągniętych zagrywkach, które dają możliwość wykreowania tak istotnego dla nich klimatu: lekko chaotycznego i dusznego.  „Cadaver Circulation” to rozwinięcie patentów dobrze znanych z dwóch wcześniejszych płyt. Jednak dla mnie to właśnie nowy album Krypts jest ich szczytowym osiągnięciem. Słuchając takiego „The Reek of Loss”, czy „Circling the Between” (otwierający riff potęga!) stwierdzam, że moich oczekiwań Finowie nie zawiedli.

Na deser zostawiłem sobie nasz rodzimy Kingdom, który wypuścił na początku czerwca już piątego longa „Rotting Carcass Arise Upon the Burial Mound”. Otwarcie zwiastuje rozpierdol na całego, rozpędzony niczym Angel Corpse „Dark Light Rising” urywa łeb. Jednak Kingdom już na wcześniejszych albumach pokazywał, że nie tylko w prędkość jest atutem ich muzyki. Zespół bardzo zręcznie przechodzi z „nawałnicy” do wolniejszych fragmentów w których świetnie kreuje „wisielczy” klimat. Zręcznie wykorzystano do tego prowadzące motywy wioseł, które „płynąc” na ciężko osadzonych riffach, genialnie podkreślają atmosferę tego krążka. Cały czas mamy jednak do czynienia z rasowym death metalowym potworem, który swoją mocą rozpierdala wszystko w pył. Bas niczym buldożer , chory obłąkany wokal dopełniają obrazu zniszczenia jaki Kingdom serwuje nam na „Rotting Carcass Arise…”. Miałem mały zgrzyt z poprzednim krążkiem tej kapeli a powodem było brzmienie… lekko płaskie, pozbawione mocy, zapełnienie nie leżało mi też brzmienie werbla. Tu w zasadzie nie się w tej materii do czego przyczepić. Tam gdzie ma kopać, kopie, gdzie ma być ciężko, materiał miażdży. Tempo w jakim Kingdom tworzy nowe materiały oraz ich poziom, pozwalają być spokojnym o dalsze losy zespołu… żeby tylko jeszcze częściej na żywca grali. Biorąc pod uwagę towarzystwo z jakim zestawiłem „Rotting Carcass Arise…” mogę z całą odpowiedzialnością przyznać, że Kingdom nie odstaje tu poziomem ani na krok.

Mam nadzieję, że panujące na zewnątrz upały nie zniechęcą Was do zapoznania ze smolistymi wyziewami powyższych kapel. Wszystkich krążków słucha się wybornie a zespoły wypracowały swoją markę, więc możecie być pewni, że dostaniecie death metal najwyższej próby!

Polub nas!
error20
Tomasz Korek Korneluk

Written by

Fan metalu i alkoholu:-) w muzyce bardziej cenię klimat i "to coś" niż technikę. W wolnej chwili nie pogardzę książką i dobrym filmem (Guy Ritchie i Quentin Tarantino rulez). Uwielbiam podróże, szczególnie górskie wędrówki, ale tylko latem:-)

You may also like...

1 Response

  1. Avatar Tytooz pisze:

    Poniżej, kurrrwa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Facebook1k
Twitter55
YouTube3
YouTube
Instagram415

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!