człowiek pogryzł psa

Człowiek pogryzł psa. Wyjątkowo brudne katharsis

André Bonzel, Benoît Poelvoord, Rémy Belvaux – ta trójka Belgów w 1992 roku stworzyła film, który ośmieszył amerykańskie kino, cechujące się mitologizowaniem gangsterskiego świata i romantyzowaniem wpisanej w niego przemocy. Ich Człowiek pogryzł psa zgarnął za to Nagrodę Stowarzyszenia Autorów, Reżyserów i Kompozytorów na festiwalu w Cannes za najlepszy film. Co w tym wielkiego? Przede wszystkim to, że ich obraz przypomina bardziej dzieło pół-amatorskie, zrealizowane za pomocą prostych środków. Całość broni się jednak genialnym scenariuszem i pomysłową realizacją. A do tego, świetnie otwiera dyskusję o odpowiedzialność, którą należy wziąć za pokazywanie ekranowej przemocy.

Człowiek pogryzł psa genialnie gra konwencjami, schematami i kliszami, które budują złudzenie, że na ekranie oglądamy obraz autentycznego filmu dokumentalnego. Całość, utrwalona na czarno-białej taśmie, momentami jest prześwietlona, innym razem za ciemna. Do tego dochodzą błędy montażowe, niedoskonały dźwięk, ekipa wchodząca w kadr, bezpośrednie zwroty do widza i cała masa niespodziewanych, przypadkowych zdarzeń (jak wpadnięcie na inną ekipę filmową, który kręci bliźniaczo podobny film). Gdy jesteśmy już zaniepokojeni autentycznością świata utrwalonego na czarno-białej taśmie, poznajemy Bena, głównego bohatera. Dziwny to bohater dokumentu, o czym świadczą pierwsze wypowiedziane przez niego słowa:

Właśnie skończyłem obciążać ciało, widzicie? Trzeba je wypełnić różnymi rzeczami…bo może nie wiecie, ale ciało pod wodą…puchnie, rozumiecie? A wtedy zazwyczaj wypływa na powierzchnię. Potrzebny jest balast, żeby zatonęło. Używa się do tego kamieni i innych ciężkich rzeczy… Dla ciał jest pewien stosunek balastu: 3 razy waga ciała dla przeciętnej dorosłej ofiary, jak ta. Dla dzieci i karłów jest inaczej. Dzieci są lżejsze. Wtedy bierzemy 4 razy wagę ciała.

– nigdy nie było problemów?

Nie. Karły są cięższe, więc podwajasz wagę. Podwajasz, bo mają bardziej gęste kości. Dla starych ludzi mnożysz przez pięć. Stare kości są porowate.

I tu zderzamy się z sednem: Ben jest niezwykle pracowitym seryjnym mordercą, który wprowadza nas w swój fach. Wiecie, opowiada o tym, jak należy się obchodzić z ciałem, jak pozbywać się denata i dlaczego cement węgierski to kiepski materiał na zamurowanie zwłok (zainteresowanym podpowiadam, że chodzi o zbyt dużą ilość piasku). Oczywiście wszystko, o czym opowiada, odpowiednio demonstruje ekipie filmowej. A ofiar jest niemało: kobieta w pociągu, listonosz, staruszka, dziecko, czy czarnoskóry ochroniarz na budowie, nad którego trupem nie szczędzi się rasistowskich docinków. Można by użyć modnego dziś stwierdzenia, że Ben to ten typ, który poprawnością polityczną się nie przejmuje i mówi wszystko to, co myśli. Nawet jeśli chodzi o AIDS, czy domniemane konszachty czarnoskórych z psami.

No właśnie. Nasz morderca naprawdę dużo mówi. O czym? O swoich podbojach miłosnych, o preferencjach kulinarnych, o sztuce, czy architekturze. W trakcie spaceru daje nam np. wykład o interesującej koncepcji w belgijskim budownictwie, która polegać ma na łączeniu osiedli robotniczych z osiedlami dla starców. Ma to wyeliminować problem dotkliwej samotności wśród seniorów. Jedyne, co Bena oburza, to brak szacunku dla estetyki. Objawia się to m. in. wykorzystywaniem czerwonej cegły, a czerwień, jak sam przyznaje, jest symbolem przemocy, która z kolei jest zmorą każdego społeczeństwa. A, jako że pod ręką mamy samotnych, starszych ludzi, Ben demonstruje ekipie, jak pozbyć się staruszki tak, aby nie zostawić po sobie żadnych śladów morderstwa. Doskonałej znajomości fachu nie da się mu odmówić.

Benoît Poelvoord, jeden z reżyserów, współautor scenariusza i jednocześnie aktor wcielający się w główną rolę, doskonale wie, że publiczność uwielbia seryjnych morderców. Hannibal Lecter, Ted Bundy, czy Patrick Bateman – te prawdziwe, czy fikcyjne postacie łączy niebywały spryt, uroda, inteligencja i elokwencja. Nawet jeśli szaleni, to szaleni w specyficzny, ekspresyjny sposób, zromantyzowany do granic możliwości. Do tego dochodzi przecież jeszcze cała gama filmowych gangsterów – czułych brutali, którzy nawet jeśli mordują, to mordują w imię zasad. Muszą być też obowiązkowo otoczeni wianuszkiem pięknych kobiet, szybkich samochodów,  łatwych pieniędzy, lojalnych przyjaciół i zajadłych wrogów. Brzmi żałośnie, ale na ekranie amerykańskiego filmu wydaje się niemal prawdą objawioną i jedną z kluczowych reguł, które rządzą światem. Jak na ironię kilka tygodni temu premierę miał Podły, okrutny, zły, czyli amerykański film o bodaj najsłynniejszym seryjnym mordercy wszech czasów, w którego na ekranie wciela się… Zack Efron. Już wiecie, co mam na myśli.

Jednak Człowiek to nie jest film z Hollywood. To zupełnie inny rodzaj obrazu. Tutaj dostajemy bohatera z krwi i kości, który wciąga nas do swojego świata, zaprasza do baru (dosłownie), stawia drinka i mami swoimi chwytliwymi teoriami. Tylko że ani się obejrzymy, a będziemy stali z nim po pachy we krwi i ekskrementach (tu znów dosłownie), brzydząc się sobą dlatego, że daliśmy się tak łatwo omamić… kulturze. Bo o kulturze tu mowa. I oczywiście o nas – homo cruelis, bo takie pojęcie wyodrębnili naukowcy, wskazując na stale rozszerzające się przyzwolenie na wszechobecną przemoc i perwersję w przestrzeni publicznej. Oczywiście tylko naiwniak może myśleć, że to zjawisko jest wynalazkiem XXI wieku. Nie jest jednak tajemnicą, że takie obrazy, niczym nowotwór trawią całą kulturę, szczególnie kulturę popularną, która ma największy zasięg i zainteresowanie.

Pozornie, w Człowieku dostajemy mordercę jakich wielu. Wystarczy zaznaczyć kilka cech wspólnych, czy nawet filmowych klisz:

  1. Ben jest typem „amanta przetrąconego”. Męski, twardy romantyk, który w głębi serca jest bardzo samotny, co z kolei przyciąga otaczające kobiety. Nawet jeśli te mają go tylko mocniej zranić.
  2. Lubi wypić, a gdy wypije, jest zdołowany. Alkohol zdecydowanie jest najpopularniejszym środkiem dla podkreślania melancholii tego typu bohatera.
  3. Ma wisielcze poczucie humoru, które wydaje się być szczególnie pociągające.
  4. Pozuje na intelektualistę, recytując fragmenty poezji francuskiej.
  5. Ma zdanie niemal na każdy temat: od polityki, przez filozofię, aż po kulturę i architekturę. Obowiązkowo dzieli się swoimi przemyśleniami.
  6. Gdy robi smutną, pijacką minę, wywołuje tak żałosne współczucie, jakie tylko potrafi wywołać żałosny, smutny i pijący mężczyzna na ekranie.

Jednak cały ten obraz pęka i obnaża oślizgłość naszego mordercy, który okazuje się zupełnie inny niż jego amerykańscy odpowiednicy z filmów. Będąc obecnym na ekranie przez każdą sekundę trwania „dokumentu”, Ben obnaża przed nami kawał swojego życia. A my grzęźniemy w nim, jak w bagnie. Zwłaszcza gdy zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy przecież współwinni jego zbrodniom, które z czasem stają się coraz bardziej obrzydliwe i perwersyjne, jakby miały stale przeskakiwać poprzednie dokonania (co za trafny opis współczesnej kultury popularnej – mocniej, krwawiej i  bardziej obrzydliwie). Współwinni jesteśmy i my i ekipa filmowa, która w pewnym momencie pomaga Benowi, dając mu alibi i zacierając ślady zbrodni. Okazuje się, że z tej pułapki nie ma odwrotu i trzeba brnąć dalej.

Gdy myślę o estetyzowaniu przemocy, przed oczami pojawiają mi się flagowe postacie. Ciekawym przykładem jest choćby Pablo Escobar. Ten przebył całkiem ciekawą drogę od bycia człowiekiem obrzydliwym, który skazywał innych na cierpienie, aż do bohatera jednego z najpopularniejszych seriali, ikony popkultury i gwiazdę zabawnych memów w jednym. I choć sam Escobar o to nie zabiegał, jego legenda stała się własnością tłumu, który takiej legendy potrzebował. Bynajmniej nie jest to sytuacja nowa. Legendy o Robin Hood’ach, czy Janosikach wprost gloryfikowały „sprawiedliwych zbójców”. Nawet jeśli robiły to z przymrużeniem oka, to powstawały z naszej potrzeby usprawiedliwiania czynów złych ludzi tylko dlatego, że te doskonale dawały się przekształcać w ciekawe historie. Przedwojenna Warszawa śpiewała przecież piosenki układane na cześć największych fetniaków ówczesnej gangsterki (jak Tata Tasiemka, Doktor Łokietek, czy Szpicbrudka), którzy bohatersko strzelali się ze złymi policjantami. A że w międzyczasie okradli staruszkę, albo połamali nogi jakiemuś bogu ducha winnemu panu Zbyszkowi, który prowadził knajpkę na Marymoncie, to trudno. Liczy się przecież legenda i to, w co tłum chce wierzyć.

Wracając do Człowieka – twórcy filmu nie fetyszyzują przemocy. Wręcz przeciwnie. Korzystając z doskonałej konstrukcji całej historii, zręcznie manipulują naszymi emocjami tak, żebyśmy obudzili się, gdy jest już za późno i gdy jesteśmy umoczeni po pachy. W ten pokrętny sposób jest to obraz oczyszczający, który niczym terapia szokowa stawia nas w niezręcznej sytuacji, w której musimy przyznać, że coś jest nie tak. Twórcy celowo korzystają z wisielczego humoru, groteskowości i absurdalności. Przedmiotowe podejście głównego bohatera do obchodzenia się z życiem ludzkim oraz ciałem po śmierci nie jest tu pustym zabiegiem bez większej głębii. To przewrotny, a przy tym piekielnie skuteczny protest przeciwko przyzwalaniu na przekraczanie kolejnych granic w  kulturze, bo to rodzi nic innego, jak zobojętnienie. Zobojętnienie z kolei jest doskonałą pożywką dla pseudoartystów i pseudointelektualistów, którzy chcą „zszokować ospałe masy”. 

Paradoksem jest, że tak trudny w odbiorze obraz jest w istocie manifestem przeciwko bezdusznemu i cynicznemu wykorzystywaniu ludzkiej tragedii do własnego zarobku. Autorzy stają tutaj po stronie humanizmu, który upomina się raz po raz o prawo do godnej śmierci. Chcą rozbić zakorzenione w naszym DNA zobojętnienie na estetyzację przemocy i zła, wywołując w nas katharsis.

Postawa ekipy filmowej jest w tej historii znacząca. Chcąc nakręcić dokument, wychodzą ze szczerych intencji (takie przynajmniej można odnieść wrażenie), jednak ich trwanie w biernej postawie nie jest niczym innym niż współuczestniczeniem w zbrodni. I tutaj znajdujemy punkt wyjścia do dyskusji: czy odbiorca kultury jest współwinny otaczającej go obojętności na wszechobecną przemoc, nagość i agresję w przestrzeni publicznej? Zastanawiam się nad tym, widząc z okna mojego mieszkania billboard z pośladkami modelki. Już nie pamiętam, czy to reklama składów budowlanych, czy raczej napojów energetycznych.

Polub nas!
error20
Patryk Zalaszewski

Written by

Miłośnik kina niezależnego, "zbieracz" książek i płyt, na co dzień copywriter.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!