Lewiatan. Hiob mieszka dziś w Rosji

Lewiatan to olbrzymie cielsko, które napiera na ludzką masę, a ta ze spokojem uznaje kolejne porażki i upokorzenia za naturalną kolej rzeczy. Andriej Zwiagincew w swoim filmie jest bezlitosny dla bohaterów i cholernie trafny w diagnozowaniu współczesnej Rosji. A o wszystkim opowiada nam poprzez autorską reinterpretację opowieści o Hiobie.

Hiob u Zwiagincewa nazywa się Kola i żyje z młodą żoną i nastoletnim synem w zapomnianej miejscowości na północy Rosji, przy brzegach morza Barentsa. Właśnie przygotowuje się do najważniejszej rozprawy i bynajmniej nie jest to boski sąd ostateczny. To jak najbardziej przyziemna batalia, która dotyczy przejęcia jego domu, odziedziczonego po ojcu, przez lokalnego mera – Wadima Szelewiata. Ten ma swoje plany, co do wykorzystania tej ziemi. Ratunkiem ma być przybyły prawnik z Moskwy, którego Kola zna z czasów wojska.

Czym jest Lewiatan? Oczywiście biblijnym potworem, ale też tytułem jednej z najważniejszych prac dotyczących tzw. teorii umowy społecznej, na której zbudowana jest większość współczesnych społeczeństw. Autorem pracy (wydanej w 1651 roku) jest Thomas Hobbes, który w przeciwieństwie do swoich poprzedników (Platona czy św. Tomasza z Akwinu), oparł się na wiedzy psychologicznej, a nie dążeniu do abstrakcyjnego ideału. Przekonany, że naszą naturą kierują jak najbardziej zwierzęce instynkty samozachowawcze oraz potrzeba dominacji, uznał, że nie jesteśmy w stanie w dłuższej perspektywie zbudować trwałej wspólnoty, a same więzi nie wystarczą do zachowania pokoju. Istotne jest więc wyznaczenie silnej władzy centralnej (suwerena), który ma sprawować władzę i pieczę nad jednostkami. Oznacza to oddanie części swojej wolności na rzecz umowy społecznej, która ma przynieść wymierną korzyść w postaci pokojowego współżycia. Lewiatanem Hobbes nazywał właśnie suwerena.

I to właśnie z tym dziełem Zwiagincew wchodzi w dialog. Tylko że w jego Lewiatanie władza miażdży i nie pozwala się podnieść, a sama Rosja przypomina całkowicie wypaloną ziemię, którą rządzi bezprawie i obłuda, zaś ludzie stanowią masę, która już dawno zdążyła pogodzić się z zastanym stanem rzeczy.

No i jest coś jeszcze – patologiczna relacja władzy z cerkwią.

W Lewiatanie Zwiagincew pokazuje nam ścisłe powiązania wszechobecnej, autorytarnej, bezkarnej władzy z cerkwią, a także pokazanie z góry skazanej na klęskę walki z tym duetem. Jednocześnie przestrzega (podobnie, jak Hobbes) przed zgubnym łączeniem władzy z jakimkolwiek kościołem.

Gdy skorumpowanemu merowi, Wadimowi Szelewiatowi, który bezprawnie przejmuje ojcowiznę Koli, zaczyna palić się grunt pod nogami, a w oczach widać strach o to, że spadnie z olimpu wprost do świata ugniatanej masy, ucieka w rady prawosławnego kapłana, obwieszonego złotem. Ten szepcze mu do ucha, że wszelka władza pochodzi od Boga. A gdzie władza, tam siła. Każe mu wziąć się w garść i pokazać siłę, co merowi zdecydowanie się udaje. Ba, to jedyny język, którym tak naprawdę potrafi przemawiać – jedyny też, którym można przemówić do tłumu.

Ten sam kapłan mówi później z ambony, że zło trzeba dobrem zwyciężać. I, że prawdą może władać ten, kto kieruje się prawdą bożą.

W tej historii są zresztą dwie cerkwie. Pierwsza jest stara, zniszczona i służy już tylko miejscowym chłopakom do wieczornych popijaw przy ognisku. Zdecydowanie nie mieszka w niej już żaden Bóg, ale i w drugiej trudno go znaleźć. W tej, bogatej i pełnej ostentacyjnego przepychu, na kazaniach zbiera się lokalna śmietanka na czele ze skorumpowanym merem i jego żoną, ubraną w najdroższe futro. Pewne jest tylko to, że z tą drugą władzą tworzy obopólną, pasożytniczą relację, która pozwala utrzymać się obu na powierzchni.

Wróćmy jednak do Hioba, który w tej historii nie jest wystawiany na próbę, tylko wdeptywany w ziemię, nawet jeśli władza udaje, że jest inaczej. Czy choć przez moment wierzy w swoją walkę? Nawet jeśli, to trudno wierzyć po scenie, w której na długim, panoramicznym ujęciu widzimy sędzię, która w tempie karabinu maszynowego odczytuje kilkustronicowy wyrok, nie okazując cienia emocji ani najmniejszego nawet, ludzkiego gestu. To wymowny obraz niesprawiedliwości, czy może raczej morderczej biurokracji, która beznamiętnie mieli nawet najgrubsze kręgosłupy.

A dramat Hioba przecież dopiero się zaczyna.

Lewiatan, poza zgrabną metaforą, posiada tutaj jeszcze dwie formy. Pierwsza to jego truchło. Wielkie, mlecznobiałe kości dogorywające na brzegu, otoczone przez stare kutry pamiętające lata świetności Związku Radzieckiego. Ten potwór nie jest już groźny. Upadł, niczym dawny ustrój, jednak na horyzoncie pojawia się nowy, bliźniaczo wręcz podobny. Możemy dostrzec go, gdy wynurza się na moment z fal morderczo zimnego morza Barentsa. Przekaz jest bardzo jasny: jeden potwór zastąpił drugiego. To przecież błędne koło, obracające się od początku świata. W samej Rosji kolejne potwory, od caratu, przez bolszewizm, komunizm, aż po Rosję Putina zmieniają nieco szaty, ale ich oślizgłość pozostaje taka sama.

U Zwiagincewa jest metafizycznie, ale jest też po ludzku. Pod tym wszystkim, co ponad ludźmi, wciąż są małe, nieistotne dla świata losy jednostek. Mamy tu relacje nastoletniego syna Koli, który nie szanuje młodej żony swojego ojca. Ta z kolei, jak na naiwną dziewczynę przystało, pragnie wyrwać się z tego mroźnego końca świata do centrum – Moskwy, która wydaje się być Świętym Graalem, mekką, w której istnieje zupełnie inne, lepsze życie. Ktoś jej to nawet obiecuje, co tylko potęguje gorączkę.

Mamy też dawnego przyjaciela z wojska, który dziś jest szanowanym prawnikiem ze wspomnianej Moskwy. Przyjeżdża do Koli, oferując swoją pomoc. Inteligent, postać jak z obrazka, która ma być mesjaszem, która zbawi, bo zna tych i tamtych. Zna życie, ma układy. Dotrzymuje kroku w piciu i strzelać potrafi.

Są też kobiety, które wstają wcześnie rano i wszystkie jadą jednym busem do wspólnego zakładu pracy. Jest też sąsiedzkie strzelanie do portretów dawnych przywódców. Dlaczego nie współczesnych? Jak mówi ironicznie jeden z bohaterów: za krótka perspektywa historyczna. To zdanie może być powtarzane jak mantra, przez kolejne pokolenia.

Są też dwie piekielne ważne postacie drugoplanowowe: policjant drogówki, który stanowi ledwie tryb w machinie oraz jego żona, dokonująca w całej tej okrutnej opowieści aktu człowieczeństwa, którego w tym momencie nikomu zdradzać nie chcę.

Przede wszystkim jednak jest duch Hioba, który na pytanie, co podać, odpowiada: wódki. A co innego? I ta odpowiedź jest w gruncie rzeczy głęboka i zatrważająco smutna.

To, co przeraża po seansie, wbrew pozorom, jest bardzo blisko nas. To poczucie, że Hiob nie jest metaforyczną figurą obecną w historii z, bądź co bądź, szczęśliwym, biblijnym finałem. Hiobem stać się bardzo łatwo i niczym nie trzeba zawinić. Cielsko Lewiatana przygniata przecież według własnego uznania. Nie dotyka jednak wszystkich i nie jest to ani odrobinę sprawiedliwe.

I co jeszcze? Tyle, żebyśmy dali się pokornie zmiażdżyć naszym oprawcom. A później spotkajmy się razem w cerkwi, żeby wspólnie posłuchać kazania.

Polub nas!
error20
Patryk Zalaszewski

Written by

Miłośnik kina niezależnego, "zbieracz" książek i płyt, na co dzień copywriter.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Facebook1k
Twitter55
YouTube3
YouTube
Instagram392

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!