Shtisel. Pod kopułą religii

Zacznę od pewnej historii, która od jakiegoś czasu chodzi mi po głowie, a którą przeczytałem w Talmudzie. Opowieść traktuje o dwóch, ponadprzeciętnie świątobliwych rabinach: o rabim Jehoszui i o rabim Tarfonie, którzy jako sędziowie nie zgadzają się co do interpretacji prawa boskiego, zawartego w Torze. Zgodnie z tradycją żydowską, spierają się siedem dni i siedem nocy, nie jedząc, nie śpiąc, ani nie pijąc. Dopiero po upłynięciu tygodnia Bóg lituje się nad nimi, przemawiając: Rabi Jehoszua ma rację, rabi Tarfon się myli. Idźcie spać. Na tym jednak historia się nie kończy, bowiem rabi Tarfon przemawia do Boga: Boże Wszechmogący, dałeś ludziom Torę, proszę, nie mieszaj się do tego sporu

Wydaje mi się, że to najlepsze wprowadzenie do historii, którą wyreżyserowali w formie serialu Ori Elon i Yehonatan Indursky

Shtisel” to opowieść o czteropokoleniowej rodzinie ortodoksyjnych Żydów, zamieszkujących jerozolimską dzielnicę Geuli – coś na zasadzie państwa w państwie. W samym Izraelu ortodoksi (zamieszkujący dzielnice Geuli, czy słynącą z  ekstremizmu obyczajowego i politycznego Mea Shearim) to mocno drażliwy temat. Grupa żyje pod umowną kopułą, nie uznając syjonizmu ani nawet samego państwa, bojkotując przy okazji zinstytucjonalizowaną władzę (m. in. służbę wojskową). Wgląd do tego świata mamy dzięki fantastycznemu scenariuszowi dwóch ludzi o korzeniach  ultraortodoksyjnych. Na całe szczęście nie dają nam nudnego dokumentu, a świetną opowieść skrojoną nieco na wzór uniwersalnej, biblijnej przypowieści, w której każda współczesna rodzina może znaleźć własne odbicie.

Mamy tu dwudziestoparoletniego Akivę, którego ojciec próbuje przygotować do ślubu z pobożną Żydówką z dzielnicy. Ta miałaby pomóc mu w prowadzeniu przykładnego życia. Na własne nieszczęście Akiva ma wielki talent do malowania obrazów, usposobienie marzyciela i specyficzny rodzaj wrażliwości, który każe mu obdarzać uczuciami tych ludzi, których uczuciami obdarzać nie powinien.

Poza Akivą jest jego ojciec – szanowany rabin Shulem, będący lubianym przez uczniów nauczycielem w jesziwie. On z kolei mierzy się z pustką po śmierci żony. I choć z zewnątrz małżeństwo w dzielnicy Geuli przypomina coś na zasadzie zdroworozsądkowego kontraktu, śmierć żony wyrwała z niego kawał mięsa, który piekielnie trudno czymś załatać.

Do tego dochodzą jego pozostałe dzieci rabina Shulema. Zvie Arie, który jest postacią tragicznego, niespełnionego kantora, który jak uczniak tkwi w jesziwie, czekając na upragniony awans. No i Giti, pozostawiona z piątką dzieci po tym, jak jej mąż wyjechał za granicę w poszukiwaniu pracy. Nietrudno się domyślić, że postawiona pod ścianą musi zrewidować stosunek do religii i tradycji, która w jak mało którym miejscu na świecie decyduje o sposobie bycia i myślenia.

Oczywiście rasowy dramat musi posiadać elementy komedii. Na całe szczęście w tym serialu humoru można znaleźć naprawdę dużo. I to nie humoru oklepanego, sytuacyjnego. Nie ma tu gagów. Trudno tak naprawdę powiedzieć, w czym zamyka się ten komizm. Może w subtelnym puszczaniu oka przez portretowanie tak charakterystycznych dla Żydów przywar? Pieniądze z lewego kantoru trzymane w lodówce? Kłamstewka i manipulacje, które można uzasadnić odpowiednimi ustępami z Tory?  Tak, uśmiech w trakcie seansu pojawia się na ustach zaskakująco często.

Co ważne, nie ma tu żadnego elementu obcego, nikogo z zewnątrz. Możemy popatrzeć na bohaterów gotujących się w sosie własnym, na wolnym ogniu, albo pod przykryciem z konwenansów. Sportretowani Żydzi nie muszą mierzyć się z żadnym przeciwnikiem i chyba po raz pierwszy widzę ich w takiej roli na ekranie. Jedynym ich wrogiem są oni sami i nie mogą o tym powiedzieć na głos. A my, jak przez mikroskop w laboratorium, perwersyjnie podglądamy ich w naturalnym środowisku: kobietę stojącą przy kuchence i pilnującą 3 garnki na gazie. Dookoła 5 dzieci. Na głowie duży problem – mąż, który wyjechał za granicę do pracy na 6 miesięcy (skąd my to znamy). Ta bardzo chciałaby się rozpłakać, tak po ludzku, ale nie może. Tak nie przystoi i tak nie wypada. Pozostaje ból, który nie znajduje żadnego ujścia.

Biblia hebrajska jest zapisem stanu żydowskiego umysłu. To dzieło mędrców, skrybów i proroków – wszystkich tych, którzy między VII a V wiekiem p.n.e. starali się zebrać i zredagować wspomnienia, tradycje ustne, folklor i pisma – tak ją definiuje Simon Schama w Historii Żydów od 1000 r. p.n.e. do 1492 r. n.e.. Kult Księgi i obowiązek jej ciągłego czytania i interpretowania to najbardziej charakterystyczna praktyka żydowskiej religii. I tak też jest w serialu. Nasi bohaterowie uważnie studiują słowo boże, a w międzyczasie zmagają się z życiem, jakie by ono nie było. A jest wypełnione po brzegi konwenansami, zasadami i naciskami. Ale coś tam się gotuje i powoli kipi spod pokrywki. Pokrywka podskakuje i… no i co? No i nic. Jeśli kogoś życie męczy, ma na to znaleźć specjalne miejsce, wygospodarować przestrzeń w brzuchu i tam ten problem zamknąć. A później żyć dalej, po ludzku.

No właśnie: tak po ludzku. To zdanie chyba najczęściej siedziało mi w głowie w trakcie oglądania. Pokazane nam społeczeństwo odgrodziło się od świata na amen i teraz cierpi. Cierpi, jak każdy z nas i w tym cierpieniu nie ma nic wielkiego ani wyjątkowego, poza tym, że nie można sobie popłakać. My możemy bez większego problemu wyrzucić mężowi, że się nami nie interesuje, czy rodzicom, że o nas nie zadbali. Możemy nawet wylać z siebie frustrację w internecie, tamtejszym anonimowym przyjaciołom. A bohaterowie żyjący w Geuli nie mogą. Muszą trzymać fason. Ale emocje gdzieś ulecieć przecież muszą. W genialnym Kompleksie Portnoya, powieści Philipa Rotha, ta „esencja” świadomości żydowskiej, która tłumi wszelkie popędy, eksploduje perwersyjnymi fantazjami głównego bohatera. W Shtislu tego nie ma. Są za to niespełnione nadzieje, dużo smutku, którego nasi bohaterowie nie potrafią nazwać i sporo nieoczywistych radości i sukcesów. To świat zupełnie nam obcy, dlatego tak dziwnie fascynujący.

Napięcia między, bądź co bądź, świeckim państwem a jego ultrareligijnymi obywatelami są lekko rysowane, ale zdecydowanie można je odczuć. No i nie brakuje tu też dramatu niedopasowania i rozdarcia między wartościami, które powinno się wyznawać, bo zostało się przez nie ukształtowanym, a tymi, które chce się wyznawać, bo czuje się w nich dobrze i swobodnie. Pojawia się też tłumione pragnienie życia poza dzielnicą, rodziną i religią.

Oglądając serial miałem w głowie zbiór opowiadań Wśród swoich autorstwa wybitnego izraelskiego pisarza, Amoza Oza. W tych opowieściach również możemy przyjrzeć się podobnej sytuacji. Tam zamkniętym światem jest nie dzielnica, a  kibuc,  którego główną ideą jest poświęcenie na rzecz społeczności. Kibuc, czyli w pewnym stopniu zamknięte osiedle rolne, w którym ziemia i wszystko, co zostaje wytworzone, stanowi własność wspólną. W tej podręcznikowej niemal utopii, która zakłada stworzenie wspólnoty idealnej, w której każda jednostka pracuje dla wspólnego dobra, a ludzie troszczą się o siebie nawzajem wciąż pobrzmiewa Imagine Johna Lennona. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać, bo ostatecznie Amos Oz przedstawia portrety  ludzi snujących intymne marzenia i doznających kolejnych bolesnych doświadczeń –  niespełnionych nadziei i tęsknot, poczucia straty i trwania w nieosiągalnym marzeniu syjonistycznych pionierów. Pod tym sielankowym obrazem mnoży się pleśń, a schodząca farba odkrywa całą ułomną ludzką naturę, w której osamotnienie i niemożność nawiązania autentycznych więzi wychodzą na pierwszy plan.

Zarówno Shtisel, jak i zbiór opowiadań Oza skłaniają do zadania sobie pytania: jak mocno zobowiązani jesteśmy do spłacania długu wobec naszej społeczności? I czy ten metaforyczny kredyt, który nasza społeczność nam daje, w ogóle da się spłacić? A jeśli tak, to czy społeczność może wymagać ode mnie całkowitego oddania, kosztem pozbawienia mnie indywidualności? Pewnie nie zdziwię nikogo moją odpowiedzią: nie mam zielonego pojęcia. Ale przynajmniej zacząłem sobie zadawać te pytania, a to pewnie ważniejsze od znalezienia odpowiedzi.

Polub nas!
error20
Patryk Zalaszewski

Written by

Miłośnik kina niezależnego, "zbieracz" książek i płyt, na co dzień copywriter.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!