Muzyczne podróże #2

Kilkanaście miesięcy temu popełniłem tekst „Muzyczne podróże i poszukiwania”. Adam Fokow dumnie zapowiedział to jako pierwszą część cyklu, a moja wesoła twórczość skupiła się na metalu. Ostatnio jakoś nic z ciężkiego grania nie natchnęło mnie do pisaniny. Pomyślałem, że może to dobra pora, żeby podzielić się z Wami tym co mi leży na sercu i w duszy gra.

Końcówka lat dziewięćdziesiątych to czas w którym uczęszczałem do szkoły średniej. Można to uznać w zasadzie też za początki, bardziej świadomej, muzycznej przygody. Co tydzień zasiadałem przy radioodbiorniku czekając na audycję Radia Olsztyn „Lista Underground”. W jednym z konkursów udało mi się wygrać kasetę. Cóż, radość z wygranej nie trwała długo, kiedy okazało się, że był to album Ulver „Themes From William Blake’s The Marriage Of Heaven And Hell”. Dla osoby oczarowanej  wtedy symfonicznym black metalem, czy bardziej klimatycznymi odmianami metalu ten album daleki był od „strawności”. Nie dawałem jednak za wygraną mając na względzie to, że ówczesny wokalista Arcturus powinien stworzyć rzecz przynajmniej dobrą. Spędzałem z tą kasetą sporo czasu odkrywając kolejne warstwy niemal dwugodzinnego kolosa. Pokręcony, schizoidalny klimat wciągał coraz bardziej, dźwięki jeszcze niejednokrotnie przy kolejnych odsłuchach zaskakiwały i czarowały. Różnorodność tej płyty pozwalała odkryć zupełnie nieznane muzyczne rejony. Mimo, że w kolejnych latach sięgałem po coraz bardziej brutalne rzeczy „Themes From William Blake’s…” stał się kierunkowskazem do poszukiwań w metalu dźwięków odmiennych, kojarzonych z awangardą, przez wielu fanów odrzucanych czy nie akceptowanych. Przyszedł czas na zmierzenie się nowym obliczem DHG, zderzyć się Solefald i zacząć drążyć mroczną stronę sludge czy post metalu. Mimo poszerzenia swoich horyzontów, „Themes From William Blake’s…”  nie sprawiło, że stałem się fanem Ulver. Pójście w kierunku elektroniki na kolejnych albumach zdecydowanie przerosło moje możliwości poznawcze jak na pierwsze lata XXI.

Początek drugiej dekady nowego milenium to leczenie kaca po kilkuletnim okresie fascynacji grindcorem i pochodnymi stylami. Na dłuższą metę niemożliwym było słuchać jedynie świń, blastów przeplatanych umpa-umpa i samplami z horrorów albo pornoli. Coraz bardziej wciągały mnie rzeczy pokroju Cult Of Luna, Amenra, czy Oranssi Pazuzu. Powróciłem też do traktowanego przez kilka lata po macoszemu black metalu. Kiedy gruchnęła wieść, że nową płytą wjedzie legenda polskiego BM, Lux Occulta nie mogłem doczekać się premiery. Swego czasu trzy pierwsze longi tego bandu stanowiły „chleb powszedni” i często wracały do odtwarzacza. I dostaje zamówione „Kołysanki”… Kurwa do tej pory pamiętam szok jaki przeżywałem przy pierwszych odsłuchach. Nic mi się na tym albumie nie zgadzało, a jednak cały czas do niego wracałem. Eklektyzm to za małe słowo. Nawet dziś zadaję sobie pytanie: jak łącząc tak sprzeczne i zdawałoby się odległe od siebie elementy można stworzyć dzieło (celowo użyłem tego słowa) tak spójne, wciągające zarówno dźwiękami jak i swoim klimatem? Lux Occulta i jej „Kołysanki” otworzyły kolejne okna na świat. Zrozumiałem, że elektronika to nie tylko jebane techno-łupanki na jednym bicie. Folk nie musi śmieszyć swoją przaśnością, może za to oczarować swoim klimatem i naturalnością. Sądzę, że to dzięki tej płycie mogę dziś słuchać takich rzeczy jak Gus-Gus, Röyksopp, Massive Attack czy olsztyńskich TAS i Slaid. Odpalę co jakiś czas „Perdition City”, „War of The Roses”, albo „Messe I.X-VI.X” i nie mam przy tym odruchów wymiotnych. Jestem w stanie co roku jechać z moją kochaną żoną na gdyński festiwal kultur Globaltica i spędzić 2 dni z muzyką etniczną z różnych zakątków świata, bawiąc się równie dobrze jak na metalowym spędzie. 

TOUCH SO COLD

start!

Opublikowany przez Slaid Sobota, 1 grudnia 2018

Pisząc te słowa mam świadomość tego, że przez te wszystkie lata znacznie wzrosła u mnie potrzeba odkrywania nowych dźwięków. Dreszczyku emocji towarzyszącemu obcowaniem z czymś do tej pory nie znanym, fascynującym nie da się niczym zastąpić. Pomimo że 80% tego, czego słucham to metal, bądź rzeczy mocno z metalem powiązane, to w tej chwili nie wyobrażam sobie zamknięcia jedynie w tej stylistyce. Świadomie pewne gatunki pomijam, nie każdy musi lubić jazz, czas też jest sporym dużym ograniczeniem. Zdaję sobie sprawę, że nie będę w stanie zgłębić tematu muzyki folkowej, klasycznej czy elektronicznej tak jak ma to miejsce w przypadku death/black metalu czy grindcore. Jednak odbicie się od brutalności pozwala mi na oddech i zwiedzenie zupełnie różnych i czasem nieznanych światów i nie mam zamiaru z tego rezygnować.

Polub nas!
error20
Tomasz Korek Korneluk

Written by

Fan metalu i alkoholu:-) w muzyce bardziej cenię klimat i "to coś" niż technikę. W wolnej chwili nie pogardzę książką i dobrym filmem (Guy Ritchie i Quentin Tarantino rulez). Uwielbiam podróże, szczególnie górskie wędrówki, ale tylko latem:-)

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!