doom metal

Doskonałe doom metalowe albumy na jesień #1

Mowa oczywiście o klasykach gatunku, bo na nich skupimy się w tym artykule. Oczywiście lista jest subiektywna i nie wyczerpuje w żadnym wypadku tematu, bo przecież jeśli spojrzymy wstecz na ostanie 3 dekady, to odnajdziemy szereg fenomenalnych albumów, które po latach smakują jeszcze lepiej niż w chwili ich wydania. Dobra muzyka jest jak wino, z upływem lat smakuje tak samo dobrze, lub lepiej. Dla tego umówmy się, że to jest pierwsza z trzech części moich rozważań nad doom metalowymi albumami, które doskonale pasują do jesiennej aury i grzanego wina. Zachęcam również was do napisania swoich typów w komentarzach.


doom metal

Paradise Lost “Icon”

Okładka od której ciężko oderwać wzrok.

Pamiętam pierwszy kontakt z muzyką z tego genialnego albumu. Był to rok 1994. “Icon”, ukazał się z pół roku wcześniej, w drugiej połowie 1993 roku. MTV w kultowym programie Headbangers Ball, wyemitowało koncert z Londynu, który promował  właśnie ten przełomowy w karierze zespołu Paradise Lost album. Pewnie nie każdy się ze mną zgodzi, że to właśnie “Icon“, jest albumem, który zasługuje na miano przełomowego, ale z pewnością każdy z was się zgodzi, że po wydaniu czwartej płyty, kariera zespołu nabrała znaczącego rozpędu.

Nick Holmes zmienił zupełnie swój styl śpiewania, rezygnując zupełnie z growlingu, słychać mocne inspiracje frontmanem Metalliki, chociaż podobno i Ja w to wierzę,  nie było to zamierzone. Muzycznie zespół także postanowił zaeksperymentować z formą kompozycji oraz melodyką idąc w kierunku, który na lata ugruntował pozycję zespołu. Kompozycje zrobiły się o wiele bardziej przebojowe i chwytliwe, zespół jednak zachował swój absolutnie ponury, angielski sznyt. To na tym albumie usłyszymy takie przeboje jak nieśmiertelny “Embers Fire“, czy “True Belief“.


My Dying Bride “Turn Loose the Swans”

Cover idealnie obrazujący zawartość płyty

Praktycznie w tym samym czasie nakładem wytwórni Peaceville, ukazał się drugi album My Dying Bride. W tamtym okresie Anglia była krajem, w którym scena doom metalowa, rosła bardzo szybko w siłę i tak naprawdę wyznaczyła wszystkie trendy w tym gatunku. Rok po wydaniu rewelacyjnego debiutu, zespół nagrał album, który jest teraz w absolutnym kanonie gatunku. Moim zdaniem jest to największe dokonanie Angoli, pomimo faktu, że dopiero wydany dwa lata później The Angel and the Dark River, uczynił zespół gwiazdą.

Aaron Stainthorpe, wokalista zespołu, nie starał się jeszcze śpiewać – do tej pory chwilami ciężko mi znieść jego zawodzenia. Czyste wokale oczywiście się pojawiają, ale są w mocnej równowadze z głębokim growlingiem  – tak jak ma to miejsce w genialnym The Songless Bird czy tytułowym Turn Loose the Swans.  Założę się, że większość z was potrafi w każdej chwili przywrócić w pamięci melodie z tych utworów, tego nie da się zapomnieć.


Anathema “The Silent Enigma”

Bardzo lubię debiut “Serenades”, wydany w 1993 roku, jednak dopiero wydany dwa lata później drugi album “Silent Enigma“, pokazał ogromny talent Angoli do komponowania zapadających głęboko w świadomości kompozycji. Zespół przeszedł w ciągu tych dwóch lat ogromny progres, za którym najwidoczniej nie nadążył ówczesny wokalista Daren White. Na drugim albumie tą funkcję objął  Vincent Cavanagh, który jak sam wspomina w wywiadach z tamtego okresu – “Czuł się w roli wokalisty bardzo niezręcznie“. Osobiście uważam, że wykonał rewelacyjną pracę i wniósł do muzyki zespołu swoim głosem ogrom emocji, których brakowało na debiucie. 

“The Silent Enigma”, to album kompletny, który nawet po latach brzmi świeżo. Takie utwory  jak “Shroud Of Frost“, czy “A Dying Wish“, to absolutne klasyki gatunku. 


Cathedral “Forest Of Equilibrium”

Po opuszczeniu przez Lee Doriana Napalm Death, który znudzony był sceną grind metalową, muzyk zafascynowany Black Sabbath, Candlemass oraz Trouble, założył nieistniejące już Cathedral.

Wydany w roku 1991 debiut “Forest of Equilibrium“, to miażdżący, klasyczny doom metal z absolutnie obłędnym wokalem Lee Doriana. 

Pamiętam moje pierwsze zetknięcie z tym albumem. Zafascynowany wtedy absolutnie death metalem nie mogłem przebrnąć przez ekstremalnie wolne i długie kompozycje. Sporo wody musiało upłynąć zanim zrozumiałem geniusz tej płyty – do tej pory, gdy do niej wracam słucham jej dosłownie na kolanach. Niezniszczalne klasyki “Ebony Tears”, “Serpent Eve” czy “Equilibrium”, to absolutny kanon gatunku. 


Beyond Dawn “Pity Love”

Ostatnia płyta w tym zestawieniu to “Pity Love”, pochodzącego z Norwegii Beyond Dawn. Album niezwykle oryginalny, eksperymentalny, przełamujący granice gatunkowe – zdecydowanie jednak doom metalowy u swoich korzeni. Jest to chyba pierwszy zespół metalowy w którym usłyszałem instrumenty dente, które zostały mocno wyeksponowane na całym albumie, w tamtych czasach był to zabieg niezwykle oryginalny i przełomowy. Zespół nie stronił również od wykorzystania samplera instrumentów elektronicznych, w tym przypadku samplera, który w kilku miejscach na płycie buduje klimat kompozycji.  Do tej pory album ten swoim niezwykłym klimatem urzeka, szczególnie jesienią. 

To co zdecydowanie zasługuje na uwagę to wokalny duet – Tore Gjedrem, Espen Ingierd. Panowie zbudowali swoimi głosami niezwykle duszną atmosferę, doskonale balansując pomiędzy krzykiem, śpiewem oraz świetnymi chórkami. 

Album, który zdecydowanie opiera się upływowi lat – wciąć brzmi świeżo i oryginalnie. 

Polub nas!
error20
Adam Fokow

Written by

Uzależniony od muzyki, fan filmu, dobrej kuchni i idei slow life. Uwielbia smakować życie i być zawsze tu i teraz.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!