wojciech jachna

„Przepraszam czy zainteresowałeś się muzyką bo kazano ci w szkole grać na flecie?” Wywiad z Wojciechem Jachną

Wojciech Jachna – żelazna postać polskiej alternatywy, jazzu i awangardy. Nagrywał z Sing Sing Penelope, Contemporary Noise Quintet, Dubska, Mordy, Innercity Ensemble oraz z niezliczonymi zespołami i projektami na scenie jazz/impro. O swoich przygodach i dorobku moglibyśmy mówić godzinami, ograniczyliśmy się tylko do kilku muzycznych przygód, a jedną z nich jest zespół Jaząbu, który Wojtek tworzy z Markiem Kądzielą, Tomaszem Glazikiem i Jackiem Buhlem.

zdjęcie: Dariusz Szymański

Pierwsze moje skojarzenie jak usłyszałem nazwę Jaząbu to „oho! Robią pstryczek w nos Jazzombie i całemu dżezuzazu mainstreamowi”, zgadłem?

Hehe, absolutnie nie…..Żadnych pstryczków, niestety….:). Otóż geneza tej nazwy jest bardzo prosta, skrót naszych nazwisk – Jachna, Glazik, Kądziela, Buhl, wyciąg liter – JA-Z-Ą-BU. Nazwę zaproponował Marek i już zostało, żadnych podtekstów i szydery. Nie jestem zwolennikiem tej drogi…Szczerze mówiąc sądzę,że jest to najmniej udany wątek tych wszystkich „powstań ludowych” i „buntów” muzycznych. Nie bardzo wiem o co chodzi z tym muzycznym mainstreamem, to wszystko się dziś miesza – mam nadzieję……. To temat na dłuższą rozmowę. Skojarzenie z nazwą Jazzombie miałem dużo później i jedynie przestraszyłem się, że jest bardzo podobna w pisowni, ale nie jest, trochę w nazwie. Ale na szczęście o ile mi wiadomo, tamto było projektem, nie wiadomo czy powtarzalnym, my zamierzamy być powtarzalni….:)

W jakiej części tworzenie „Łodzi Kosmicznej” odbyło się na próbach, a w jakiej części to spontan w trakcie nagrań?

No cóż, pierwsze spotkanie było próbą i nagraniem od razu, trzydniowe sesje. Szczerze mówiąc, uważam takie właśnie spotkania za najbardziej kreatywne – oczywiście jeśli mamy do czynienia z ludźmi o podobnej wrażliwości, a tutaj tak właśnie było, Marek był człowiekiem z zewnątrz, ale znając jego dokonania muzyczne, wiedziałem że bez problemu wskoczy w tą „wodę” i doda całości innego wymiaru, co niniejszym się stało….Ja przyniosłem kilka szkiców, nad którymi sobie spokojnie pracowaliśmy, resztę czasu poświęcając na swobodne figlowanie z muzyką, to najlepszy sposób żeby w moim mniemaniu poznać się, i określić brzmienie bandu. Dziś już wiemy co można , czego nie, i na następną płytę można przynosić utwory bardziej pod skład, unikamy problemu, z którym często się spotykałem u muzyków jazzowych, że kolega X chce bardzo nagrać kompozycję Y, ale nie zauważył, że ona za cholerę nie pasuje do tego akurat składu, ponadto sprawia na przykład problemy wykonawcze. W tym właśnie momencie warto zagrać coś prostszego innego, ale skupić się na detalach, tym sposobem uzyskamy lepszy, artystyczny efekt, bez tak zwanej spinki i napięcia. Reasumując – pół na pół, plus bardzo dobra atmosfera, która jest w moim odczuciu podstawą wszystkich artystycznych poczynań.

Z Jackiem Buhlem gracie już ładnych parę lat, z Markiem Kądzielą to Twoja pierwsza kolaboracja. Od razu zażarło, jak wcześniej z Ksawerym Wójcińskim? Jak w ogóle doszło do Waszego spotkania?

Jak już zauważyłeś dobry dobór muzyków grających to podstawa. Myślę, że muzycy czują, że mogą ze sobą zagrać, coś sobie zaoferować. Spotkanie z Ksawerym wyniknęło z przypadku, spotkał nas ze sobą Piotr Wojdat, dziennikarz, który wymyślił sobie  że na koncercie Susany  Silvy, portugalskiej trębaczki i kontrabasisty Torbjörna Zetterberga , zagramy jako support. Ksawery się zgodził, zagraliśmy, a ja poczułem że powstała interesująca sytuacja i zaprosiłem Ksawa na sesję nagraniową do Bydgoszczy do Akademii Muzycznej, gdzie studiowałem, i w ramach sesji nocnych mogliśmy nagrywać ze studentami w ramach praktyk. Reszta już jest historią, Maciej Karłowski stwierdził że to jest świetne ( choć nie miałem takiego przekonania na początku ) i  wydał materiał, po uprzednim dobrym zmiksowaniu go, bo początkowo nie brzmiało to dobrze. Z Markiem Kądzielą było inaczej, mieliśmy dużo wspólnych znajomych – Marcin Muras puzonista, Tomek Dąbrowski, Ksawery właśnie który z nim nagrał świetny duet dla For Tune, gdzieś zawsze go słuchałem i o nim słyszałem, w końcu poznaliśmy się gdzieś na koncercie, od razu padło hasło żeby coś zrobić razem. Długo trwało zanim okazja się nadarzyła – ale w końcu się nadarzyła….:)

Chciałbym teraz chwilę pomówić o muzyce improwizowanej, gdyż wciąż nie jest to dostatecznie nagłośniona gałąź współczesnej muzyki. Wyobrażasz sobie, że zainteresowanie na muzykę improwizowaną jest tak ogromne jak – dajmy na to – na polski hip-hop? Wyprzedane kluby, olbrzymie sale koncertowe. Czy według Ciebie jest to raczej dziedzina z góry przeznaczona dla nielicznych i skazana na underground?

Dobry temat na rozmowę, szkoda tylko że bardziej na długą , najlepiej gadaną a nie, pisaną. Nie da się o tym pomówić klepiąc w klawiaturę….Przede wszystkim improwizacja wszędzie jest pomijana i niszowa, oczywiście w krajach gdzie OGÓLNIE zainteresowanie kulturą jest większe , można liczyć na większe budżety i duże festiwale, ale raczej nie w sensie masowej publiki, tylko troskliwej opieki, mecenatu państwa i sponsorów. Mówię o Europie – rzecz jasna. Masowa publiczność ucieka od improwizacji -wiąże się to rzecz jasna z jej charakterem , jest w opozycji do popkultury, do łatwości, przyswajalności. „Lubię melodię które już kiedyś słyszałem” powiedział inżynier Mamoń w Rejsie – czym zdefiniował ( może bezwiednie), charakter Popkultury… Improwizacja w samym swoim jestestwie ucieka przed powtarzalnością. I na tym można zamknąć dyskusję, ciężko jest sprzedać coś, co nie jest powtarzalne, ponadto artyści niechętnie odwiedzają studia TV, gdzie z założenia gra się z Playbacku, itd. Oczywiście jazz można sprzedać ale tylko wykonując ruchy charakterystyczne dla Popkultury – wizytując popularne studia telewizyjne, kolorowe gazety, Radia. Nie jest to proste do zrobienia bo media – co jest dość zabawne – chcą dziś promować siebie, poprzez ….popularnych artystów. Powstaje z tego paradoks koła, masło maślane, nie możemy się wypromować, bo nie jesteśmy znani, a nie jesteśmy znani bo….nikt nie chce nas  promować…….. Jakieś jeszcze pytania???? Oczywiście muzycy są znani w wąskim gronie dziennikarzy, szperaczy muzycznych, itd., ale to nie daje tej popularności o której mówisz…Stąd wielkie zdziwienie na najnowszą ankietę Krytyków Jazz Forum 2017, mówi się o nowej jakości, przebudowaniu sceny…otóż nie, po prostu zagłosowali krytycy, i to w połowie młodego pokolenia, a oni słuchają zupełnie innej muzyki niż czytelnicy Jazz Forum….:). Ta scena jest już przebudowana od bardzo dawna, jest kilka równolegle rozwijających się scen, zupełnie niezależnie od siebie…..

wojciech jachna

zdjęcie: Dariusz Szymański

Czy nie jest tak, że świat muzyczny ma problem z muzyką improwizowaną, bo nie wie, do którego ją wrzucić wora? Muzyka polska, jazz, awangarda, cholera wie co z tym zrobić…

Dokładnie tak. O tym częściowo już mówię w pytaniu poprzednim. Stare pojęcia jak rock, jazz, muzyka elektroniczna zdewaluowały się troszkę…delikatnie mówiąc. Jest muzyka improwizowana. Która jest wypadkową tego wszystkiego. Jaką muzykę gra LOTTO na płycie ELITTE FELLINE? Czy to Jazz czy rock? Czy może elektronika ? Bo myślenie jest jak z muzyki elektronicznej właśnie i produkcja….Czy płyta Ksawerego i Maniuchy to Folk, czy może muzyka improwizowana inspirowana folkiem? Właśnie te worki są niewystarczające, ale oczywiście masz rację, że to właśnie popkultura potrzebuje tych pojęć, worków jak to ładnie nazwałeś żeby to przedstawić i sprzedać. Bo popkultura wszystko chce sprzedać…żyjemy w czasach sprzedaży…niestety….To co ostatnio pięknie powiedział Kamil Piotrowicz w wywiadzie w Jazzpresie, dlaczego mamy właściwie żyć w atmosferze rankingów…No właśnie…dlaczego, nikt tego nie chce, ale wszyscy bez końca będą to robić. Jeśli przestaniesz to robić, wypadniesz z obiegu, nie sprzedasz muzyki, nie pokażesz jej. Więc biegniemy dalej, jak chomik w plastikowym kółeczku…..:)

Czy na przestrzeni kilku ostatnich lat podejście do muzyki improwizowanej w Polsce się zmieniło? Ludzie wiedzą, czego się spodziewać i jak reagować podczas koncertu projektu Jachna/Wójciński?

Nie wiem czy ludzie wiedzą czego się spodziewać i jak reagować na naszym koncercie…Chciałbym żeby przyszli na koncert, bez żadnych oczekiwań, otworzyli się na dźwięki na pewno wyjdą zadowoleni, bo ta muzyka…jakkolwiek nie brzmi groźnie i dziwnie na płytach, to przecież na żywo jest prawdziwym przeżyciem. Obserwowanie jak muzycy grają, zmagają się ze sobą, i paradoksalnie im dziwniejsze robią rzeczy z instrumentem, tym ciekawiej jest to obserwować. Z płytą jest już gorzej, słuchacz nieprzygotowany może szybko odrzucić tę propozycje. Sam tego wielokrotnie doświadczyłem, więc…nie dziwi mnie to. Kontakt koncertowy jest najlepszy, żeby zacząć w tą muzyką wchodzić. Natomiast odpowiadając na pierwszą część pytania, nie wiem dokładnie o co pytasz…Zmieniło się tyle, że ta muzyka w ogóle się pojawia w przestrzeni, i to już jest sukces. Wciąż jest problem żeby ją pokazywać na dużych Festiwalach – wynika to z oczywistych rzeczy, że sponsorzy, politycy z miasta, wiadomo…wszyscy lubią jednak melodie które już kiedyś słyszeli. Jak to ładnie nazwałeś „ trzeba dać szansę ludziom dotrwać do końca koncertu”…:). Ponadto ta muzyka jednak , bardziej się sprawdza w małych kameralnych miejscach, gdzie ma szanse dobrze zabrzmieć i zostać w skupieniu odebrana. To, że w ogóle takie miejsca się pojawiają jest już sukcesem.

Wolisz improwizację w większych składach jak Innercity Ensemble czy też w duecie, gdzie brakuje tego istotnego elementu harmonicznego?

Ja niczego nie wolę, w każdym składzie gram inaczej po prostu. W Innercity gdzie jest nas siedmiu na stanie, tej improwizacji siłą rzeczy jest mniej, rzekłbym wręcz że jest szczątkowa, to inny rodzaj myślenia. Improwizacja w siedem osób dość łatwo zamieniła by się w chaos, więc ta muzyka, mimo że sprawia wrażenie dość dzikiej, jest ułożona, i tylko momenty są „puszczone”. W duetach, triach dużo więcej improwizuję. A propos grania z Ksawerym – ta harmonia cały czas jest, ona pobrzmiewa w kontrabasie, dlatego tak dobrze nam się gra. Granie bez harmonii , zupełnie abstrakcyjne przez godzinę, byłoby dla mnie dość trudne, lubię abstrakcję w muzyce, ale bez przesady…:)

wojciech jachna

zdjęcie: Dariusz Szymański

Innercity Ensemble to zbitka bardzo wyrazistych osobistości muzycznych, nigdy nie ma wewnątrz twórczych zgrzytów? Dogadujecie się bez konfliktów?

Są cały czas, ale na tym polega umiejętność pracy w zespole, zwłaszcza w takich dużych organizmach, że każdy swoje indywidualne zdanie trochę chowa do kieszeni. Wszyscy na szczęście są dorośli, nikt nie musi niczego udowadniać, każdy się realizuje w innych projektach, dzięki czemu nie musi napinać muskułów w tym zespole. Swoją drogą jest jedna z rzeczy która moim skromnym zdaniem, najbardziej decyduje o twórczym potencjale grupy, ale o tym…może kiedy indziej. Raczej problemy są takie że jak każdy zespół tego typu dochodzi do swoistej ściany – wytwarza swoje brzmienie, styl – o to przecież chodzi, i za chwilę jest się zmuszonym do wymyślania siebie na nowo, bo….wszyscy piszą że to już było…..:). Ale to takie moje marudzenie.

Obecnie mówisz o sobie jako improwizatorze, jednak Twoje korzenie muzyczne (czy też dyskografia) sięgają innych gatunków – wymienię tu chociażby Dubska. Improwizacja to przestrzeń, w którą chcesz coraz głębiej wsiąkać czy może kuszą Cię też inne gatunki?

Mówię o sobie jako o improwizatorze, bo jestem najbliżej tej właśnie profesji – tak sądzę, choć pewnie wszyscy ci którzy zajmują się na co dzień improwizacją wiedzą, że style improwizacji są bardzo różne. Tak jak nie każdy lekarz jest od tego samego, a nie każdy prawnik zajmuje się ubezpieczaniami, czy rozwodami – są specjalizacje, to normalne. Tyle tylko, że te zawody, są społecznie użyteczne, i oczywiste jest że prawnik czy lekarz w danej specjalizacji może się spodziewać , jeśli dobrze pracuje, normalnej pensji. Z muzykami jest już niestety mało zabawnie – kultura, zwłaszcza w społeczeństwach na dorobku, jest raczej zbytecznym balastem, najlepiej więc żeby muzyk grał każdą muzykę świata, wszystko najlepiej – wtedy będzie miał z tego godziwe pieniądze, a to nie jest zawsze takie proste. Zresztą nie każdy tak po prostu umie i chce zagrać….To długi temat.

Tak, grałem formy piosenkowe na początku – Reggae zawsze było mi bliskie, to czarna muzyka oparta zresztą na Rhytm&Bluesie tylko z inaczej rozłożonymi akcentami. Marley to dla mnie geniusz muzyki taki jak Hendrix, Coltrane, Davis, czy James Brown, to cała tradycja czarnej muzyki. Inne gatunki zawsze mnie kusiły, słuchałem bardzo dużo muzyki Hip hop, Reggae, blues, przeleciałem przez cała tradycję rocka, od lat 70-tych, przez punk, post punk, no wave, hard core. W młodości tez słuchałem trochę metalu, ale szybko mi minęło. Generalnie jako trębacz czuje się najbliżej muzyki improwizowanej w różnych odsłonach, natomiast gram też na gitarze, i jako gitarzysta penetruję raczej rejony….grunge’owo-krautrockowo-psychodeliczne…..:). Ale to raczej dopełnienie mojej edukacji muzycznej.

Kiedyś po koncercie rozmawialiśmy na temat edukacji muzycznej w Danii, a konkretnie w Kopenhadze. Mógłbyś przybliżyć nieco czytelnikom na czym polega główna różnica między szkołą muzyczną w Danii a w Polsce?

O tym bardzo dużo się ostatnio mówi i chyba najlepiej gdyby się wypowiedział chociażby Marek Kądziela , z którym gram a który skończył wpierw 3 lata w Odense, a potem 2 lata w Kopenhadze. W skrócie – całe szkolnictwo skandynawskie jest nastawione bardziej artystycznie, niż wykonawczo, jak w Polsce. I to wiąże się z całą masą różnic.  Nie będę o tym opowiadał bo trzeba zapytać bezpośrednio studiujących tam muzyków, nie chcę snuć jakiś opowieści z krypty…:). Myślę, że fakt że ostatnio wyjechało, tam naprawdę sporo, bardzo zdolnych muzyków, i większość przyjeżdża do Polski ze swoimi ciekawymi projektami i autorskimi płytami, najlepiej świadczy o tym co jest ważne w tych uczelniach – Kamil Piotrowicz, Kuba Więcek, Jędrzej Łagodziński, Grzegorz Tarwid, Albert Karch, Maciej Kądzielą, a wcześniej właśnie Tomasz Dąbrowski czy Marek Kądziela…jest to już spora grupa naprawdę świetnych i ciekawych muzyków, o swoim spojrzeniu na jazz i muzykę improwizowaną.

Dlaczego Twoim zdaniem w Polsce zawód muzyka jest nieunormowany, z czego to wynika?

Nieunormowany jest zawód muzyka uprawiającego jazz, muzykę szeroko pojętą rozrywkową – muzycy klasyczni, mają swoje związki zawodowe, instytucje, pensje , emerytury. Jeszcze bardziej uporządkowany jest zawód muzyka w służbach mundurowych – żołnierz czy policjant muzyk w orkiestrze jest ustawiony , jak przysłowiowy górnik…Oczywiście nie może robić swojej muzyki bo jest na rozkaz, ale od strony socjalnej…..Nie wchodząc w szczegóły, jest dobrze. Natomiast dlaczego cała branża muzyki jazzowej/rozrywkowej jest totalnie olana przez polityków? Trudno powiedzieć, za komuny wszyscy byli zrzeszeni, nawet jazzmani, wszyscy mieli figę z makiem, ale byli gdzieś tam zatrudnieni, coś tam robili, po upadku komuny, nikt tego wątku nie ogarnął, PSJ był w stanie upadku, w zeszłym roku podjęto próbę reaktywacji…ale nie wiem jak to się skończy. Powstał niedawno Związek Zawodowy Muzyków, ale jest utożsamiany z obecną władzą , więc jak się domyślasz, większość muzyków ma go w pompie…..Politycy jak zauważyłeś nie kwapią się podjęcia tematu kultury – kogo obchodzi czy Pan X czy Y grający muzykę będzie miał ubezpieczenie albo emeryturę? Wszyscy ci powiedzą żebyś się wziął do roboty a nie grał jakieś głupoty…Jeśli chodzi o poziom rozmowy na ten temat, jesteśmy krajem afrykańskim, takie sprawy powinni podjąć światli i mądrzy politycy, ludzie kultury, bez animozji partyjnych usiąść i porozmawiać o problemach przeciętnego muzyka z zespołu Y. Ale ja nie zauważyłem takich ludzi w Polsce….może mam jakiś problem z oczami……

Twardo stąpasz po ziemi jako muzyk i pchasz swój dźwiękowy wózek z energią, ale i pokorą przez te polskie realia. Nie trawi Cię czasem jednak chęć muzycznej emigracji na Zachód?

Stąpam twardo, bo inaczej się nie da. Wózek faktycznie pcham, i sam szczerze mówiąc zastanawiam się skąd biorę jeszcze na to wszystko siły i energię, bo od kilku lat wyrabiam dość wysokie normy. Ponadto większość rzeczy robię sam…Gorzej, że coraz częściej mam wrażenie walki z wiatrakami, tzn. muzyka wiadomo, zawsze się obroni, natomiast jest po prostu problem z prezentowaniem jej, bardzo trudno jest się przebijać przez to wszystko. Mamy permanentną nadprodukcję, której zresztą sam jestem przykładem…Nie wiem jak wyjść z tego koła. Jak się dowiem to zadzwonię….:)

Co do muzycznej emigracji na Zachód – uwierz mi, że nie jesteś jedyną osobą która wpadła na ten genialny pomysł, natomiast Zachód jest tak samo przepełniony wszystkim, a nawet jeszcze bardziej…Zaistnienie na Zachodzie ze swoją propozycją jest jeszcze trudniejsze niż w Polsce, gdzie mimo wszystko, znamy jakieś kanały, może się w miarę szybko i dość jeszcze tanie przemieszczać. Wyjazd na Zachód z jakimkolwiek koncertem to są koszty, żaden duży Festiwal cie nie zaprosi jeśli nie masz wydanej płyty tam, lub, nie znajdziesz się w ofercie jakiejś Agencji Muzycznej. Tam wchodzą już inne relacje, bardziej biznesowe. Pamiętaj też, że kraje Zachodnie nie są takie głupie – Niemcy, Norwedzy, bardzo bronią właśnie swoich muzyków, przed zbytnim napływem. Wyobraź sobie, że tego nie robią i polscy jazzmani wyjeżdżają grać na Niemieckie Festiwale, opanowują kluby. Mamy naprawdę olbrzymią scenę muzyczną , moglibyśmy zalać Europę nasza muzyką bardzo szybko. Myślę, że to nie przypadek, że jest nam bardzo trudno tam coś załatwić, ale i tak widzę ze stopniowo coraz więcej nazwisk się pojawia, przede wszystkim przez wytwórnie – ECM, ACT, Obara , Bałdych, Możdżer, Stańko, wiadomo. No ale to nie jest tak hop….

Jak wspominasz czasy z Contemporary Noise Sextet? jest szansa na powrót zespołu?

Zależy jakie, początki wspominam bardzo dobrze, koniec trochę mniej…Niestety zespół pod koniec już się rozjeżdżał trochę w szwach. A czy jest szansa na powrót, to trochę nie do mnie to pytanie…..Podobno powrót jest planowany, ale w jakim składzie nie wiem, bo ja nie planuje nigdzie powracać.

Czego słuchasz na co dzień? Wpadło Ci w ucho ostatnio coś z polskiego mainstreamu?

Jest tego naprawdę bardzo dużo…Nawet nie wiem od czego zacząć i co wskazać, żeby czegoś nie pominąć, a wymienianie wszystkich płyt….W skrócie warto tylko zauważyć, że według serwisu Polish Jazz , który stara się odnotowywać większość polskich płyt z muzyką jazzową i improwizowaną, w zeszłym i tym roku, wyszło ok. 150-160 płyt rocznie….To mniej więcej daje ogląd sytuacji na rynku. Kto ma czas śledzić te wszystkie nowości? Chyba nawet krytycy, którzy starają się jakoś tam trzymać rękę na pulsie nie są w stanie przesłuchać wszystko, a co dopiero słuchacze….Z mainstreamu powiadasz….Na pewno mogę polecić płytę Kamil Piotrowicz Sextet, w składzie same osobistości, młode lwy – Więcek, Miszk, Chęcki i świetna sekcja rytmiczna – Szmańda i Święs. Muzyka to idealne połączenie kompozycji, improwizacji, elementów free, swoistego klimatu. Piękne, bardzo wyważone. W ogóle dużo świetnych płyt wychodzi w słowackiej Hevhethii – Anna Gadt wydała bardzo ciekawą płytę, skrzypek Stanisław Słowiński, trio Agi Derlak grającej na pianinie w bardzo nowoczesny sposób, NSI Quartet z Krakowa, Mateusz Gawęda, Trio The OWL z Fundacji Słuchaj, Ksawery Wójciński z Quartetem Szmańda/Wójciński, Irek Wojtczak,  Artur Tuźnik Trio, wiesz…tyle tego jest….Orzechowski, Obara oczywiście, można zwariować, nie ma kiedy tego słuchać. No i cała scena poza maistreamem, Trzaska, Jacek Mazurkiewicz, Hubert Zemler, Cała duńska scena – LOVE, Maciej i Marek Kądziela, Dąbrowski, Bracia Oleś, Zimpel, LOTTO,…..i tak można wymieniać całą stronę. Polska muzyką przeżywa jakiś renesans, gorzej niestety z słuchaczami, zaczyna się kłaniać idiotyczny system braku muzyki i plastyki w szkołach – zwykłych, jeśli dzieci mają zajęcia to….graja na flecie. Przepraszam czy zainteresowałeś się muzyką bo kazano ci w szkole grać na flecie? Ludzie, którzy wymyślają te rzeczy, program, powinni sami się przebranżowić. Szkoły Muzyczne to samo- teraz jakaś mądra „babeczka” z PIS-u wymyśliła że wprowadza ZAKAZ uczenia przez absolwentów IV wydziału, czyli po Akademiach rozrywkowych…Mamy więc wydziały jazzu i rozrywki ( lekko uwstecznione, ale mamy) ale…absolwenci są bezrobotni…robią kursy pedagogiczne które do niczego nie uprawniają…Jestem jednym z nich…BRAWO! Czy to nie genialne????  Zamiast umuzykalniać dzieci, które coraz bardziej odchodzą od sztuki i kultury, bo pochłaniają je komórki i komputery, dajemy im flety drewniane w szkołach, a w Szkołach Muzycznych mają…zapierdzielać jeszcze bardziej dziarsko etiudy Bacha. I wszyscy tylko coraz bardziej są zdziwieni, że to nie działa……ciekawe……

Na koniec poproszę Cię o takie 5 albumów, które można potraktować jako starter pack muzyki improwizowanej. Mogą być kamienie milowe, ale i bardzo strawne kąski, zachęcające do dalszych odkryć w tym gatunku.

No nie wiem, nie lubię takiego „Starter Packa”. Problem polega na tym , że pod koniec roku każdy robi swoje podsumowanie, i każde jest inne. Proponuję, żeby każdy jednak sobie wybrał te płyty, jest tego naprawdę bardzo dużo. Trochę mainstreamowych rzeczy wymieniłem , a muzyki improwizowanej….Ksawery Wójciński/Maniucha Bikont „Oj Borom, borom”, na pewno – impro i folklor, Hubert Zemler – „MELATONY”, LOTTO nie polecam bo i tak wszyscy znają, Fajna jest płyta Hati i MAZZOL – trochę szamaństwa, trochę etno, świetne jest nowe COLUMBUS DUO , eksperymentalna elektronika – choć najlepsza jest ich poprzednia płyta. I 100 innych…..:)

Polub nas!
error20
fb-share-icon1213
Tweet 55
Kuba S(a)taniak

Written by

metalowiec sińce 2003. woli las niż las krzyży. lubi dobre kino i złe kino, bo dzięki temu bardziej docenia to dobre kino. trochę gra, dużo słucha, najwięcej Mamy.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!