#recenzja Loathfinder – „The Great Tired Ones”

I oto mamy, można powiedzieć, kolejne „objawienie” na polskiej scenie. Za sprawą niemniej wszechpotężnej Godz Ov War kolejna wartościowa kapela ma szansę podzielić się swoją twórczością z szerszym gronem. O samym zespole wiadomo nie wiele, pochodzą z Polski i parają się graniem blackened doom. Co to oznacza w praktyce?

loathfinder_cover

Ja przetłumaczyłbym zawartość „The Great Tired Ones” jako doom/death okraszony „czarną polewką”. Na start dostajemy „Genetic Gloom”, kawałek z potężnym ciężkim riffem. To co od początku rzuca się na uszy to „niskie” i ciężkie brzmienie. Riffy podbudowane są odpowiednio basem, całość brzmi naprawdę zajebiście i z mocą. Wokal w pierwszym numerze oparty jest na grobowych, „dołujących” growlach. W drugim kawałku „Feast On My Entrails” już się to zmienia i przeważa bardziej blackowy „złowieszczy” głos. W kwestii muzycznej dalej mamy „rozciągnięte” wolne riffy. Kojarzą mi się one momentami z Tryptikon. Niemniej moim zdaniem Loathfinder tworzy dużo bardziej mroczną i duszną atmosferę na swojej EP. Zespół stara się również urozmaicać swoją twórczość wplatając czasem jakiś akustyczny motyw co wprowadza trochę przestrzeni i daje na moment odetchnąć. Ale umówmy się nie należy tu oczekiwać psedo-pedalsko-gotyckiego kreowania płaczliwej melancholii. Loatfinder swoją muzyką chce zepchnąć nas w głąb zgniłych i ciemnych zakamarków naszych dusz. Tam, gdzie nawet w pijackim widzie strach zaglądać, bo kryją się w nich najbardziej nieprzewidywalne i pojebane wytwory naszych jaźni……. Swoją drogą do chorego klimatu tej epki idealnie pasuje zajebista okładka.

Najciekawszym dla mnie kawałkiem na płycie jest ostatni i tytułowy zarazem „The Great Tired Ones”. Słychać, że postarano się tu trochę urozmaicić gitary, wpleciono ciekawy akustyczny „przerywnik”, który stał się „podkładem” dla końcówki tego numeru. W warstwie wokalnej postawiono na przeplatanie się niskiego growlu z blackowym jego odpowiednikiem. Wyszedł zajebisty i chyba najbardziej klimatyczny utwór na płycie.

Podsumowując te niemal trzydzieści minut muzyki, napiszę, że zdecydowanie warto! Oczywiście nie możemy tu mówić o przewrocie w muzyce metalowej, ale takie tematy zostawiam znawcom z Violence czy Noizz. Zapewne Loathfinder nie ucieknie od porównań do pierwszych dokonań My Dying Bride, Paradise Lost czy może nawet Katatonii. Jednak udało się im stworzyć potężny i mroczny kawał metalu, który daje prawo oczekiwać w przyszłości dobrych albumów. Zespołowi życzę wytrwałości, a Gregowi gratuluję dobrego „nosa” do debiutów.

Polub nas!
error20
Tomasz Korek Korneluk

Written by

Fan metalu i alkoholu:-) w muzyce bardziej cenię klimat i "to coś" niż technikę. W wolnej chwili nie pogardzę książką i dobrym filmem (Guy Ritchie i Quentin Tarantino rulez). Uwielbiam podróże, szczególnie górskie wędrówki, ale tylko latem:-)

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Social Share Buttons and Icons powered by Ultimatelysocial
error

Polub nas!!!

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!