black sabbath

Koniec Black Sabbath

Black Sabbath – The End /live in Birmingham 4.o2.17 blu ray/

Jacek Fedorowicz, znany polski kabareciarz powiedział kiedyś, że u źródła każdego dowcipu, leży jeden proto-dowcip. wszystkie pozostałe są jedynie wersjami, rozwinięciem, parafrazą jednego podstawowego żartu, który brzmi : szedł gruby po śliskim i się wywalił.

Podobnie moim zdaniem jest z muzyką heavy metalową, płyt i zespołów jest wiele, u podłoża każdego jest coś, co brzmi jak Black Sabbath :) Oczywiście można twierdzić, że gatunek ten ma wielu ojców ( nie umniejszając roli taty Zeppelina, czy wujka Purpla) ale biologicznym tatusiem jest bez wątpienia Black Sabbath. Zespół Ozzy’ego Osbourne’a, po prawie 50 latach kariery, postanowił pożegnać się wreszcie ze sceną i swoją publicznością podczas finałowej trasy “The End”. Dwa zamykające trasę koncerty odbyły się w lutym bieżącego roku w rodzinnym mieście muzyków, Birmingham.

Black Sabbath

„Dla mnie to nigdy nie będzie „the end”. Zawsze będę częścią Black Sabbath, a Black Sabbath zawsze będzie częścią mnie”- Ozzy Osbourne

I właśnie na kilka dni przed 69 urodzinami “Księcia Ciemności” miał swoją premierę koncertowy album Sabbathów, pod wiele mówiącym tytułem The End. Jak zwykle, przy tego rodzaju wydawnictwach, pojawiają się głosy znawców i ekspertów, że niby po co, że niby kasa musi się zgadzać, że niby co oni jeszcze mogą pokazać itp. Ja ekspertem nie jestem, a tego starego dementa i rozrabiakę Ozzyego kocham bezgranicznie. A niechże robią sobie to dla kasy, ich prawo, zasłużyli sobie na szacunek i nasze pieniądze. Jeśli choć jeden z tych dzieciaków którzy trafili na jeden z koncertów finałowej trasy powie kiedyś swoim wnukom – “wiecie, byłem na koncercie Sabbathów, widziałem Tony’ego, Ozzy’ego i Geezera. Oni stworzyli heavy metal” , a wnuki zrobią wielkie oczy i powiedzą “Wow, dziadku!” – to ja uważam, że warto było zagrać tę trasę i wydać płytę. Ja podobnie, trafiłem kiedyś na dnie szafy na starą pocztówkę dźwiękową (taki analogowy singiel w formie pocztówki z dziurką po środku…. tak, tak gimby nie znajo..) z utworem Paranoid. Z wybałuszonymi oczami spytałem – Mamo, skąd to masz? Jak to skąd, kupiłam kiedyś…. słuchało się takiej muzyki… – odparła mama z tajemniczym uśmiechem.

Tak, Black Sabbath to historia, wciąż jeszcze żywa, nawet podstarzała, ale historia wielu pokoleń muzycznych wariatów. Dlatego trudno jest oceniać to wydawnictwo, jego wartość jest ogromna, bo emocjonalna. Patrząc na sceniczne wyczyny Ozzy’ego wciąż mam w pamięci jego autobiografię pt. “Ja Ozzy”. Człowiek legenda, który żył szybko i kochał mocno, na szczęście nie umarł młodo. Zawsze urzekała mnie jego koncertowa choreografia, już podczas koncertów z solowej trasy Live & Loud wyglądał, jakby miał się za chwilę rozsypać, te jego nieporadne kroczki i debilne wygłupy… i cóż, wciąż się nie rozsypuje i nie odstępuje go poczucie humoru. Jak go nie kochać? No cóż, latka lecą i głos już nie ten – wciąż charyzmatyczny, wciąż mocny, charakterystyczny, niepodrabialny – ale słychać w nim upływ czasu.No cóż, frontman metalowej kapeli, mimo, że w wieku emerytalnym, nadal pozostaje frontmane, toteż Ozzy się nie oszczędza! Pozostali muzycy również dają z siebie wszystko – Tony Iommi skupiony i elegancki jak zwykle, Geezer Butler na basie, jako jedyny sprawia wrażenie chwilami zasapanego. No cóż, znów przypominają się fragmenty autobiografii Ozzy’ego :) Geezer również ma za sobą “lata pracy” nad kondycją wątroby i innych organów wewnętrznych… kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci blu rayem. Nadzieja to dla nas wszystkich, że można żyć szybko i w tym wieku dawać radę :) Bo przyznaję, że chciałbym w wieku 70 lat móc tak jak oni <3 :)

Ozzy, Tony,Geezer… a co z Billem Wardem? Oczywiście brakuje na scenie czwartego z Sabbathów, tak dla dopełnienia pierwszego składu… głośne internetowe przepychanki i konflikt z Osbournem sprawiły, że nie zagrał z nimi podczas finałowej trasy. Szkoda. Operacja ramienia, ogólna kondycja i brak porozumienia z resztą zespołu sprawiły, że za perkusją zastąpił Warda długoletni współpracownik Black Sabbath i wytrawny pałker Tommy Clufetos. Patrząc na jego dynamiczną grę, na to jak pięknie inkrustuje klasyczne utwory swoimi elementami gry, patrząc jak wali w bębny bez opamiętania, a pot skleja mu włosy i ścieka strugami po wytatuowanych plecach, myślę sobie – młody, dobrze, że tu jesteś!

Zgadzam się w zupełności z opinią Osbourne’a, będącą jednym z podstawowych argumentów w konflikcie z Wardem – Billy Ward nie dałby rady! Uciągnięcie takiego koncertu i dużej solówki perkusyjnej w trakcie, to zbyt duże IMO fizyczne zadanie dla Warda w obecnym czasie. Clufetos, wyglądający jak dzika wersja wczesnego Nicka Masona, w charakterystycznych wąsach i opasce na głowie, doskonale wpisał się w skład załogi czołgu jadącego przez scenę Areny w Birmingham, czołgu pod nazwą Black Sabbath. Mocne rytmiczne granie, charakterystyczna gitara o obniżonym strojeniu Tony’ego, bas Geezera potraktowały widownię istną ścianą dźwięku. Ach, zapomniałbym o jeszcze jednym muzyku, przez cały czas wspierającym zespół. Ukryty w kulisach, pokazał się na scenie na chwilę, gdy po utworze Snowblind, w połowie koncertu Ozzy dokonywał prezentacji muzyków. Adam Wakeman, bo o nim mowa, syn klawiszowca Yes – Ricka Wakemana, wspierał zespół jako gitarzysta i klawiszowiec.

Black Sabbath

Playlista koncertu niezbyt odbiega od listy utworów koncertowego wydawnictwa z 2013 r. Live… Gathered in Their Masses, z tą różnicą, że brak na niej utworów z ostatniej studyjnej “Trzynastki”. W Birmingham zespół zagrał swoje najstarsze utwory z pierwszych płyt z lat 1970-1972, z krótkimi wycieczkami do roku 1975. W sumie sama klasyka – the best of… Od Black Sabbath, przez Into the Void, War Pigs, Supernaut, Iron Mana, na Paranoid kończąc. Reżyser wydawnictwa Dick Carruthers, zadbał o wizualną oprawę koncertu. Co najbardziej mnie ucieszyło, brak tu prawie wszechobecnych błękitów, spowodowanych światłem scenicznych reflektorów. Nieodłączna niebieska poświata zalewająca ekrany telewizorów podczas oglądania płyt koncertowych, tu ustąpiła miejsca czerniom i czerwieniom, budując klimat tajemniczości, a nawet intymności koncertu. To właśnie światłom zawdzięcza The End swój niepowtarzalny charakter wizualny. W wypełnionej po brzegi gigantycznej sali, udało się stworzyć wręcz kameralny nastrój spotkania Dziadka Ozzy’ego z jego pociechami. Niesamowity jest kontakt, jaki ma ten człowiek z publicznością, rozmawia, zapowiada utwory, żartuje, dobrotliwy, niemal ciepły dla swoich fanów, których kilka pokoleń przybyło, by po raz ostatni zobaczyć swój ulubiony band na żywo. Wspólne wykonanie War Pigs dosłownie wyciska łzy z oczu, i to nie tylko na sali, ale i przed telewizorem. Uwielbiam to jego (księcia ciemności) God bless You! i I love You all… po prawie każdym utworze. Ha, jak zwykle parokrotnie pada na kolana, bijąc pokłon ludziom zebranym na widowni. Może to subiektywne odczucie, ale jest w nim coś ojcowskiego i dobrotliwego… może również i za to go tak uwielbiamy.

Koniec koncertu, ostatni utwór – Children of the Grave – na wielkim ekranie LED z tyłu sceny wyświetlają się sterty czaszek… nastrój mroczny i ciężki, aż tu nagle znad widowni zaczynają się sypać setki balonów… hmmm, głównie czarnych… ale i tak zabawa jest przednia. Widzowie odbijają balony, niektóre z nich wpadają na scenę, muzycy i wokalista odbijają je w kierunku widowni. zakończenie scenicznej kariery jednego z największych zespołów rockowych w historii i beztroska zabawa balonami i radość. Wśród opadających i fruwających wszędzie balonów muzycy żegnają się z fanami. Zdejmują instrumenty, schodzą w kulisy. Tłum skanduje do pustej sceny, trwa to dłuższą chwilę i nagle daje się słyszeć głos Ozzy’ego namawiający publiczność, by domagała się jeszcze jednego utworu… :) publiczność krzyczy, zza głośnika wyłania się schowany za nim Książę Ciemności, Iron Man, Dreamer, Ozzy Osbourne! Tony zaczyna grać, najpierw nierozpoznawalnie, ale po chwili wszyscy już wiedzą – Paranoid! Na publiczność sypią się z góry tony kolorowego konfetti… płacząc ze wzruszenia publiczność śpiewa razem z Ozzym, bo któż nie zna tego na pamięć.

Przepiękne zakończenie wspaniałego koncertu. Warto było tu być, nawet siedząc przed ekranem telewizora. Dla tych, którzy nabyli wydanie limitowane płyty CD, lub wydanie DVD i BD, czeka jeszcze przemiły dodatek, a mianowicie The Angelic Sessions – zbiór pięciu utworów nagranych przez zespół w studiu. W kameralnej salce czwórka muzyków wykonuje swoje wczesne utwory, z przepięknym Changes na zakończenie. Ostatni utwór przy akompaniamencie dwóch zestawów KORGa, obsługiwanych przez Tony’ego i wiecznie zasapanego Geezera……. no i do tego marudny i awanturujący się z realizatorem dźwięku Ozzy.

Wspaniałe wydawnictwo. Może nie epokowe, może nie wnoszące nic nowego do dyskografii Black Sabbath…. może i muzycy nie są w szczytowej formie, ale warto z nimi być przez te ponad dwie godziny i powspominać ich drogę do światowej kariery, a może i swoją z nimi drogę przez własne życie. Album absolutnie do polecenia nie tylko wieloletnim fanom, ale również tym początkującym.

Bez punktacji – pomników się nie punktuje (a tak prywatnie – zajebisty koncert)

Maciek Mydlak

Written by

Maciek Mydlak – Aktor, dźwiękolub, sarkasta. Po wielogodzinnej pracy na scenie, neurony wymagają resetu. Codziennym lekarstwem – dźwięki. Od Sylviana, po Reznora. Od Danziga, po Gilmoura. Od ambientu, do djentu.
Stosować w dużych dawkach, popijać kawą.

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!