Najlepszy gig jaki zaliczyłem w Budapeszcie!

Poniższą relację spisywałem kiedy jeszcze w uszach wybrzmiewało echo muzyki, wgniecenia na ciele przypominały o szaleństwie, a kac mocno upominał się o wczorajszą należność. Trasa Black Witchery/Possession/Nyogthaeblisz, która przetoczyła się w ostatnich dniach po Europie zahaczyła również o Budapeszt. Taki zestaw to nie lada gratka, więc nie mogło mnie zabraknąć tamtego wieczora w klubie Dürer Kert. O tym jak to się wszystko zaczęło, a jak skończyło przeczytacie poniżej.

W całym zamieszaniu towarzyszył mi jak zazwyczaj bdb kolega. Szczęśliwie po koncercie wypadał dzień wolny, więc zrobiliśmy mały podkład i wparowaliśmy na sale kiedy produkował się węgierski band o osobliwej nazwie Os. Akustyk skutecznie zniechęcił nas do pozostania na dłużej w ich towarzystwie, więc po kilku minutach ewakuowaliśmy się na dalsze spożycie. Drugim zespołem był pochodzący z Segedynu Gravecrusher. Tu już wszystko cykało jak należy. Pięciu chłopa dojebało death metalem kojarzącym się z Ameryką lat dziewięćdziesiątych. Wiało Deicide, czasem kojarzyło się z Monstrosity. Nie było to może nazbyt oryginalne czy odkrywcze, ale poziom trzymało. Brzmienie kopało dupsko, bańka sama latała w rytm muzyki, czego chcieć więcej. Po około czterdziestu minutach Gravecrusher zszedł ze sceny nagrodzony brawami. Dobry i konkretny show.

Kiedy gruchnęła wieść o tej trasie Nyogthaeblisz był mi tworem nieznanym. Sprawdzając dokonania kapeli na YT byłem daleki od zachwytów, więc co do ich występu nie miałem żadnych oczekiwań. Bardziej zastanawiało mnie jak ten syfiasty dźwiękowy wynalazek zabrzmi na scenie. To co dostałem pozostawi ślad w mojej głowie na długi czas. Pierdolona orgia zniszczenia i chaosu! Od pierwszego numeru rozpętali apokalipsę! Gitara osadzona w piekielnych głębiach, opętane wokale tonące w pogłosach, wszystko to poparte tornadem perkusji. Zostałem mentalnie okaleczony i zniszczony. Dawno nie widziałem czegoś tak popierdolonego, a zarazem kopiącego po ryju. Może nie do końca pasował mi anturaż w postaci kapturów i „habitów”, ale jebać to. Muzycznie było to czyste szaleństwo!

Po takiej masakrze Possession musiało mocno się postarać żeby utrzymać poziom całej imprezy. Piątka Belgów wyszła na scenę w towarzystwie butelki Jacka, a i pewnie wcześniej też swoje zdążyli chlapnąć. Nie to, żebym chłopakom odmawiał, sam sobie też tego wieczoru nie żałowałem hehe! Przyjebali z konkretną mocą i pierdolnięciem. Akustyk szybko okiełznał to co działo się na przodach i można było brać z twórczości Possession to co najlepsze. Blackowa smoła przelewała się między bardziej melodyjnymi momentami. U muzyków dało się wyczuć sporo luzu i radochy z grania. Butelka w pewnym momencie powędrowała w publikę, a kilku maniax wyraźnie się z tego gestu ucieszyło. Mimo stanu wskazującego na scenie pełna profeska i zaangażowanie u każdego z kapeli. To co prezentują na płytach bardzo  dobrze oddali na żywca. W setliście wymieszano nowe i starsze kawałki. Z „Exorkizein” poszły między innymi „In Vein” i kończący cały show „The Preacher’s Death”, ze starszych numerów wyłapałem „Anneliese” czy „Ablaze”. Podsumowując bardzo dobry show, liczyłem co prawda bardziej żywiołową reakcje publiki, ale co się odwlecze…

Po paru głębszych okraszonych ćmikiem stawiliśmy się na Black Witchery. Nie będę zgrywał maniaka znającego każdy element dyskografii Amerykanów, ale lubię te bluźnierstwo i sranie na wszystkie trendy. Kiedy już uderzyli, pod sceną od razu wywiązał się konkretny młyn. Nie pozostało mi  nic innego jak dołączyć do węgierskich maniaków. Tym samym możecie zapomnieć o szczegółach dotyczących odgrywanych numerów. Przyjęte procenty też zrobiły swoje hehe! Każdy kawałek był ciosem diabelskiego bicza wymierzonym przeciw świętościom. Soniczne zniszczenie lało się z głośników, a ja solidnie pracowałem na obolałe gnaty. Black Witchery zakończyło swój popis po jakiś czterdziestu minutach a mi ciągle było mało. Ale lepiej pozostać z odrobiną niedosytu niż dostać cofki  z przeżarcia. Walka pod sceną trwała do ostatniego numeru potęgowana przez dźwiękowe bluźnierstwo.

Przyznać trzeba, że był to jak do tej pory najlepszy gig jaki zaliczyłem w Budapeszcie. Liczyłem co prawda na lepszą frekwencję (tym bardziej, że następnego dnia wolne), ale to już nie mój problem. Dostałem to czego chciałem, a może nawet więcej za sprawą Nyogthaeblisz, czy dobrze odegranego set Gravecrusher. Possession dorównało poziomowi swoich płyt, a dzieła zniszczenia dopełniło Black Witchery. 666% Diabła!

 

Tomasz Korek Korneluk

Written by

Fan metalu i alkoholu:-) w muzyce bardziej cenię klimat i „to coś” niż technikę. W wolnej chwili nie pogardzę książką i dobrym filmem (Guy Ritchie i Quentin Tarantino rulez). Uwielbiam podróże, szczególnie górskie wędrówki, ale tylko latem:-)

You may also like...

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!