Magia death metalu z Kolorado

Na marcowy koncert Cruciamentum / Blood Incantation w stolycy jarałem się bardzo. Jechałem tam w oczekiwaniu, że Cruciamentum zmiecie ze sceny, a ich towarzyszy z Kolorado traktowałem jako „dodatek”. Bardzo dobry, co oczywiste, ale daniem głównym i zespołem co do którego miałem większe oczekiwania było Cruciamentum. Jak się okazało to Blood Incantation wyjebało mnie w kosmos i po takim show Cruciamentum zagrali po prostu i tylko dobrze. Po tamtym gigu nie przypuszczałem, że tak szybko przyjdzie mi ponownie zobaczyć Amerykanów, i to w jakim towarzystwie! Mimo, że poniedziałek i aura smutna jak alkoholik bez grosza, musiałem stawić się do miejscówki o uroczej nazwie Robot.

Zanim dotarłem z zacnym towarzystwem na miejsce, zahaczyliśmy o pobliski pub z równie zacnymi craftami, co było powodem nieobecności na supportach. Ale jebać to, piwko smaczne hehe! Kiedy wbiliśmy do klubu na scenie produkował się drugi z nich czyli Nadir. Poświęciliśmy ten czas na zakup fantów od amerykańców i posilenie się kolejnym bro. Nadejszła wiekopomna chwila kiedy zaczął się rozkładać Sectral Voice. Ich nowy album odsłuchałem tylko w necie i nie byłem świadom, że perkusista robi tam na dwa etaty, bo jednocześnie obsługuje wokal. Tak więc przyjebali. I to jak!!! Ze sceny szedł taki ciężar, że przysiadłem. Do tego ten duszny, gęsty wręcz namacalny mrok… Brzmienie potężne i łupiące czachę. Co oczywiste odgrywali kawałki z „Eroded Corridors of Unbeing„. Klimat z tej płyty udało się przenieść idealnie. Mocno schizoidalne dźwięki porwały mnie w niebieski kosmos… Do tego pałker, który „ukradł” cały show. Napierdalał w gary jakby miał to być ostatni koncert jego życia. Co prawda powodowało to w pewnych momentach przesunięcia statywu z mikrofonem i wokal gdzieś czasem uciekł, ale zaangażowanie tego Pana na 666%. Powiem wprost, dla mnie Spectral Voice dojebało na poziomie występu Blood Icantation z Warszawy. Oba to dla mnie czołówka tegorocznych live show!

Krótka przerwa na dyma i browarek i wjeżdża gwiazda wieczoru. Szczerze podziwiam kondycję gitarzystów i basisty, granie dwóch setów pod rząd przez kilkanaście dni pod rząd może dać w kość. No i ruszyli… Przez cały set Blood Incantation brakowało mi ciut wioseł i wokalu. Za to z basu dało się wyłapać każdy pojedynczy dźwięk. Nie był to wielki mankament i nie utrudniał odbioru całości, ale… Z setlisty na pewno wyróżnić trzeba odegrane po sobie obie części „Verification of Blood” . To co się dzieje podczas tych dwudziestu minut powala. Na zakończenie był nowy numer, rzekomo traktujący o Antarktydzie. No i kopara opada. Wiem, że z wiekiem również słuch słabuje, ale ja tam na początku słyszałem patenty wręcz stonerowe. Oczywiście numer się rozkręcił i do blastów i dało się wyłapać charakterystyczne dla Amerykanów riffy. Coś czuje, że na następnej płycie znowu zaskoczą całą paletą nietypowych dla DM motywów. Kończąc swoje wypociny napiszę, że było nieźle, ale chyba spodziewałem się czegoś więcej. Nawet konferansjerka Paula taka jakaś bez wyrazu. Wiem, granie -ntego koncertu swoje robi, pewnie nie bez wpływu są też dwa sety na dzień. No cóż nie ma co narzekać, bo Blood Incantation zajebiste jest i basta.

Historia jak widać lubi się powtarzać. W marcu zaskoczyło Blood Icantation, w poniedziałek rozjebało Spectral Voice. Wynik się wyrównał, a ja byłem świadkiem kolejnego gigu na wysokim poziomie. Do następnego razu!

Tomasz Korek Korneluk

Written by

Fan metalu i alkoholu:-) w muzyce bardziej cenię klimat i „to coś” niż technikę. W wolnej chwili nie pogardzę książką i dobrym filmem (Guy Ritchie i Quentin Tarantino rulez). Uwielbiam podróże, szczególnie górskie wędrówki, ale tylko latem:-)

You may also like...

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!