Śniliśmy o elektronicznych owcach

Przez niemal trzy godziny śniliśmy nowy sen o elektronicznych owcach. Sequel Blade Runnera jest piękny. Na wszystkich poziomach, obrazu, dźwięku, narracji, historii, detali, aluzji i nawiązań. Jest też jednocześnie szalenie wymagający (jak choćby odbiór i odczytanie scen testu bazowego K, w którym nie chodzi przecież o powtarzanie zlepków słów „komórki” i „połączony”, a w którym rezonuje tekst Nabokowa Blady ogień) i mam wrażenie graniczące z pewnością, że nie złapałam, a tym bardziej nie zrozumiałam wszystkich tropów. Oryginał widziałam wieki temu, powieść Dicka przeczytałam w początkach liceum myśląc, że zrozumiałam z niej wszystko (nie muszę mówić, jak bardzo byłam w błędzie). Na Blade runnera 2049 szłam zaś z rezerwą, bo a nuż okaże się przerysowanym kiczem.

Ten film jest piękny. Wizualnie wgniata w fotel a poszczególne kadry można z powodzeniem podrukować w wielkich formatach i umieścić w galeriach. Los Angeles jest ciemne, ciasno zabudowane, odcięte monumentalnym murem. Tłum na ulicach brodzi w powodzi pikseli interaktywnych reklam. Jest brudno, lepko, wilgotno, wszystko rozświetlają gargantuiczne neony. Wnętrza zaś są niemal puste, jakby mieszkańcy nieustannie gotowali się do ucieczki. Na wyposażenie składają się tylko niezbędne sprzęty, tak by można było w razie potrzeby bez żalu wyjść i już nigdy nie wrócić. Miasto Deckarda zaś absolutnie wymarłe, pełne gigantycznych rzeźb i opuszczonych kasyn-hoteli, nieuchronnie obracające się w ruinę. Jest tu jasno, jednak wszystko rozmywa się w pomarańczowym pyle. Gra światłem jest niesamowicie dopracowana. Ciemność, niezdrowy, przefiltrowany przez pył pomarańczowy blask, puste i zimne lśnienie neonów, i przede wszystkim to, jak rozegrano grę światła w firmie twórcy androidów.  W świecie Blade Runnera 2049 nie ma przejrzystego, czystego powietrza. Nieustannie coś pada, deszcz, śnieg, pył, kurz, wyziew , opar i smog – robi to przytłaczające wrażenie, podkręcane dodatkowo ścieżką dźwiękową, która jest pełna dysonasów, szeptów i krzyku, urwanych fraz.  Jest idealna. Nie ma zieleni, nie ma czystej przestrzeni. Jedyne drzewo jakie widzimy w filmie jest martwe, zakotwiczone metalowymi szpilami, trzymające pion dzięki linom odciągów. Jedynym żywym kolorem w tych przytłaczających, martwych przestrzaniach jest kwiat leżący pod drzewem. I co piękne, każdy,najdrobniejszy szczegół ma tu znaczenie, wszystkie są ważne.

Historia K, zagranego przez Goslinga policjanta trudniącego się ściganiem replikantów, uwikłanego w poniekąd romantyczną relację ze sztuczną inteligencją Joy, szukającego celu i sensu istnienia stawia przed widzem pytania o istotę człowieczeństwa. Przyszłość, teraźniejszość i przeszłość, wielka polityka i wielki biznes, przemożne pragnienie osiągnięcia spokoju splatają się tu nieustannie w powolnej narracji neo-noir. Próbujemy znaleźć odpowiedzi,rozwikłać prowadzone przez K śledztwo sklejając wszystkie podrzucane tropy i ślady. Nie jest to przesadnie trudne, ale też nie o  o to w tym filmie chodzi. Jest tu kilka scen,które robią fenomenalne wrażenie, jak choćby rozmowa Deckarda i K, w której ten pierwszy pyta łowcę o jego imię. Przepięknie zagrany moment, w którym K, przekonany że odkrył nowy sens swego istnienia w jednej przerażającej chwili traci go. I wreszcie scena ostatnia, będąca piękną klamrą spinającą Blade Runnera z ‘82 z Blade Runneren 2049. Fantastyczne jest to, że nasuwające się samoistnie skojarzenie sceny odejścia K ze sceną śmierci Roya Batty’ego jest jednak pozorne, postacie te bowiem dzieli przepaść motywacji.  Odniesień, aluzji, mrugnięć okiem w kierunku pierwowzoru filmowego (ale i powieści Dicka) jest w filmie mnóstwo, a papierowy jednorożec płynnie transformuje się w drewnianego konika-zabawkę.

Oszczędność ekspresji Goslinga, fantastycznie zagrany Deckard Forda, hipnotyzująca mimiką, ścigająca K replikantka Luv (w tej roli Sylwia Hoeks), w końcu Joy (Ana de Armas) i Jared Leto – Niander Wallace, demoniczny twórca replikantów, wszyscy bohaterowie są pełnokrwiści, ich motywacje mają sens, nie ma w nich niczego zbędnego.

Mimo, że film ten trwa niemal trzy godziny, nie jest rozwlekły. Tak jak pierwowzór spokojnie prowadzi widza, budując coraz to większe napięcie, do finałowego tąpnięcia rozgrywającego się w tym wypadku na granicy światów – muru Los Angeles i szalejącego morza, gdzie wątpiący w sens istnienia bohater odnajduje nowy cel, dla którego może i chce się poświęcić.

Mimo rozmachu, gigantycznych przestrzeni, szerokich planów film ten jest zadziwiająco intymny. To wymagająca, przepiękna wizualnie refleksja nad istotą człowieczeństwa oraz kondycją i kierunkiem, w którym człowieczeństwo zmierza.

Agata Zareba Jankowska

Written by

wiecznie studiująca bibliotekarka sprzedająca książki a chcąca hodować owce; w pełni utożsamia się ze swoim totemicznym zwierzęciem, jakim jest leniwiec.

You may also like...

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!