Muzyczne podróże i poszukiwania. Część I, północ.

Muzyka zawsze towarzyszy mi w podróżach. Lubię wtedy delektować się albumami, które ze względu na swoją objętość lub złożoność wymagają więcej czasu i skupienia. Z drugiej strony już samo słuchanie muzyki to duchowa podróż. Udajemy się do świata stworzonego przez artystów, zwiedzając zakamarki ich wizji. Najbardziej ekscytują mnie poszukiwania nowych muzycznych światów, które niekoniecznie pokrywają się z codzienną playlistą. Właśnie dlatego chciałbym przedstawić (lub przypomnieć) trzy zespoły, które są dla mnie owocem takich poszukiwań. Pretekstem może być wydanie przez owe bandy kilka (lub kilkanaście) miesięcy temu nowych albumów.

Bez wątpienia jednym z ciekawszych regionów (przynajmniej dla mnie), zarówno geograficznie, jak i muzycznie, są kraje Europy Północnej. Wkład zespołów z Norwegii, Szwecji, czy Finlandii w stworzenie i rozwój sceny ekstremalnej jest przeogromny. Swoich nordyckich „sąsiadów” goni ostatnio również Islandia. Metalowy „boom” to może stwierdzenie trochę na wyrost, ale nie da się ukryć, że rozpoznawalność na scenie kapel, z tej liczącej niewiele ponad trzysta tysięcy mieszkańców wsypy rośnie. Szlaki zespołom z Islandii przecierał pochodzący z Reykjaviku Sólstafir. Na początku swojej działalności (druga połowa lat dziewięćdziesiątych XX w.) zespół tworzył własne „wariacje” w temacie viking/black metalu. Jednak już drugi pełny album grupy, wydany w 2005 roku „Masterpiece of Bitterness” stanowił znaczne odejście od pierwotnej formuły. Dla mnie swój styl  Sólstafir nakreśliło na kolejnej płycie zatytułowanej „Köld”. Muzycznie mamy tu już do czynienia w mieszanką rocka i metalu bazującego na rozciągniętych kompozycjach, podlanych dużą ilością sentymentalno-nostalgicznych melodii. Idealnym dopełnieniem całości jest lekko „chropawy” wokal oddający swoją barwą, zimny i zarazem piękny klimat wyspy.

Kiedy kilka lat temu poznałem  Sólstafir za sprawą wydanego w 2011 „Svartir Sandar”,„utonąłem” w tej płycie. Dla lubującego się w brutalno-świńskich odmianach metalu fana była to niemal forma objawienia. Piękne, melancholijne granie, oparte bardziej na story-tellingu niż piosenkowych aranżacjach. Zupełnie nie przeszkadzało mi, że teksty są po islandzku i nic z tego nie rozumiem. Zatapiałem się we własnym świecie i odpływałem do sobie tylko znanych lądów. Podążałem razem z wokalistą przez niesamowity bezkres tej wyspy… Inna sprawa, że sam zespół sporo w tym słuchaczowi pomaga tworząc do swojej muzyki niesamowite klipy. Fakt, że zadanie jest ułatwione, mając po sąsiedzku takie plenery. Potrafią jednak w swoich teledyskach ukazać obok piękna krajobrazu, historię, która potrafi zaciekawić. Opowieść prostą, ale pozwalającą na własne interpretacje. Kiedy oglądałem pierwszy raz obraz do kawałka „Fjara” zakochałem się w surowości i pięknie tej krainy.

Czas płynie, a  Sólstafir w 2014 uraczyło nas następcą genialnego „Svartir Sandar” czyli albumem „Ótta”, będącym bardzo udaną kontynuacją poprzedniczki. W maju tego roku zespół po wewnętrznych perturbacjach i rozstaniu się z perkusistą (będącym jednym z dwóch oryginalnych członków pozostającym do tej pory w kapeli) wydaje płytę „Berdreyminn”. Na początku nie mogłem „przebić się” przez ten album. Nie pasowało mi brzmienie, pewne elementy tej układanki pachniały mi rockowo-gotycką szmirą lat osiemdziesiątych, której nie trawię. Użyte klawisze zalatywały momentami tandetą, a niektóre melodie przyprawiały o mdłości. Dwa ostatnie numery na płycie stanowią tu najlepszy przykład („Ambátt „ i „Bláfjall”). Wystarczyło jednak, żeby pojawił się wokal i już zapominałem o tych „płyciznach”. Często w muzyce rzeczy, które potrzebują więcej czasu na odkrycie stają się najbardziej smakowitym kąskiem. Wiele razy musiałem dawać szansę tej płycie, żeby dotrzeć do momentów, za które pokochałem Sólstafir. I chociaż na pewno „Berdreyminn” nie przebije w mojej prywatnej klasyfikacji „Svartir Sandar”, czy nawet swojej poprzedniczki, to takie numery jak „Isafold”, „Naros”, czy „Hvít Sæng” urzekają charakterystycznym klimatem obecnym na poprzednich albumach Sólstafir. Zespół kolejny raz porywa nas do krainy, gdzie od wieków zimne wody oceanu rozbijają się o surowe brzegi wyspy, a czas zdaje się nie mieć racji bytu. Stylistycznie zawartość „Berdreyminn” nie odbiega od poprzednich krążków Sólstafir, jednak sztuką jest stworzyć w wykreowanej przez siebie konwencji kolejny raz coś przykuwającego uwagę. Mam dużą nadzieję, że w tym roku uda mi się załapać na jeden z koncertów promujących nowy album. Jeśli szukacie w muzyce formy niebanalnej, okraszonej klimatem i pozwalającej oderwać się od otaczającego świata to pewnie już słyszeliście Sólstafir. W przeciwnym wypadku szybko powinniście nadrobić zaległości, bo umknie Wam naprawdę cudowny kawałek muzyki.

Z Islandii przepłyniemy na południowy wschód do krainy fiordów i Wikingów. Tak, oczywiście chodzi o Norwegię, a wspomniani „Wikingowie” wzbudzili moje zainteresowanie projektem, który muzycznie nie ma nic wspólnego z metalem. Nie zmienia to faktu, że niejaki Einar Selvik odpowiedzialny za Wardruna (bo o tym zespole będzie mowa), już od drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych udzielał się w szeregu black metalowych hord (głównie na bębnach), a najbardziej znane jego dokonania na polu BM to kilkuletni „staż” za garami w Gorgoroth (obsługiwał zestaw perkusyjny m. in. podczas nagrywania DVD „Black Mass Kraków”). Z ciekawszych dokonań Einara na polu black metalu należałoby jeszcze wymienić płytę „Gleipnirs Smeder” projektu Jotunspor tworzonego wspólnie z King ov Hell (również Gorgoroth). Kolejną ciekawostką może być projekt (a później również album) stworzony w celu uczczenia obchodów dwusetlecia norweskiej konstytucji. Chodzi o kooperację z Ivarem Bjørnsonem (Enslaved) pod szyldem Skuggsja. Swoją drogą w Polsce rzecz nie do pomyślenia, żeby na oficjalnej państwowej uroczystości prezentować muzykę w jakikolwiek sposób ocierającą się o metal…  Jednak od wielu lat jednym z głównych zajęć Einara jest komponowanie dla Wardruny.

Na trop tego niecodziennego tworu wpadłem przez wspomnianych „Wikingów”czyli serial telewizyjny. Przypadło to na okres zaraz po premierze „Runaljod – Yggdrasil”, drugiego albumu Wardruny. Szybko też uzupełniłem dyskografię o debiut, „Runaljod – Gap Var Ginnunga”. Obie płyty do tej pory stanowią dla mnie przykład bezgranicznego poświęcania się twórcy dla swojego dzieła. Poza komponowaniem całości muzyki, nagrania dokonywane są na instrumentach wykonanych przez Einara. Odwzorował on z największą możliwą starannością tradycyjne instrumenty dęte, strunowe czy perkusyjne z epoki przedchrześcijańskiej. Oczywiście nie jest jedynym twórcą, który takich rzeczy dokonuje, jednak jak sam wyznaje w wywiadach, oprócz muzyki (ale również za jej pośrednictwem) zawsze chciał szerzyć wiedzę na temat czasów sięgających na terenach północnych epoki brązu. Co więcej jego twórczość ma być wyrazem jedności człowieka z naturą, a nie stanowić pomnik dla dokonań Wikingów.

Wróćmy jednak do muzyki, bo to ona pozostaje tematem naszych podróży. Wardruna to nic innego jak połączenie „dawnej” (mi bardziej pasuje tu określenie „pierwotnej”) muzyki nordyckiej z etniczną , czy też jak to ktoś może powiedzieć muzyką folkową. Jest to oczywiście prawdą, ale jak dla mnie trochę uproszczoną. Nie jest mi łatwo opisywać gatunek, którego znawcą nie jestem. Trudno odwołać się do konkretnych elementów, a brak ciężkich riffów i blastów znacznie to utrudnia. Szkielet kompozycji to transowo-plemienne bębny odziane w melodie instrumentów strunowych i dętych. Na pierwszym albumie instrumentem „generującym” linię melodyczną bywa także drumla, co było dla mnie sporym zaskoczeniem. Znajdziemy też na obu albumach ambientowe „plamy” wyciszające kompozycję, czy też będące wstępem do jej rozwinięcia. W kwestii wokalnej znaleźć można tu wszystko od mrocznych szeptów, przez plemienne melorecytacje i zawodzeni, aż po czysty męski i damski śpiew.

Jesienią zeszłego roku świat ujrzało zakończenie trylogii opowiadającej o staro nordyckich runach „Runaljod – Ragnarok”. Płytę charakteryzuje największy „rozmach” aranżacyjny stanowiący przeciwieństwo minimalistycznego debiutu. Monumentalne, podniosłe kompozycje, o momentami bitewnym charakterze nabierają swojej siły z mocnych bębnów i równie potężnej sekcji dętej. Otwierające płytę numery „Tyr” i „UruR” to również jedne z najbardziej „mrocznych” kompozycji Wardruny.  Dla kontrastu mamy mocno melancholijne w pierwszej części „Raido” czy „Odal”, w którym chórki wykonują również dzieci Einara.

Słuchając Wardruny swoje doznania opieram przede wszystkim na emocjach. Szczególnie silne były one podczas oglądania wspomnianego serialu… Scena wycinania „skrzydeł orła” z towarzyszącym jej utworami „Løyndomsriss”,  „Heimta Thurs” i „Thurs” na długo utkwiła mi w pamięci jako przykład siły i honoru człowieka pokonanego. Prywatnie dla mnie cała dyskografia Wardruny (oprócz oczywiście wartości czysto muzycznych) stanowi wyraz tęsknoty za czasami, kiedy o wartości człowieka stanowił jego honor, a za przyjaciół i rodzinę poświęcało się życie. Brzmi to może mocno patetycznie, czy nawet śmiesznie w dzisiejszych czasach, ale tak po prostu to odbieram… Ostatnim elementem za który cenię sobie całą trylogię jest jej element kontemplacyjny. I pewnie dla części z Was będzie to trudno przyjąć, to prawda jest taka, że są to najbardziej wyciszone i „uspokajające” dźwięki jakie było mi dane usłyszeć i pokochać. Nie znoszę ambientu w jego  czystej formie, więc znalazłem swoje własne źródło spokoju i „krainy łagodności”. Nie ważne który album włączę, zawsze potrafię się przy nim odciąć od świata zewnętrznego i uciec do mojej samotni wysoko w górach, gdzie towarzyszy mi tylko wiatr…

Z gór Norwegii przenosimy się dalej na wschód (pozostając jednak na północy). Wędrując po fińskim lesie spotykamy grupę szamanów oddających cześć babilońskiemu demonowi w pomarańczowym kolorze. Uzbrojeni w substancje psychoaktywne i swoje instrumenty zapraszają nas do ogniska przy którym rozpoczyna się rytualne szaleństwo… Trudno wskazać jednoznaczne inspiracje muzyczne dla takiego zespołu jak Oranssi Pazuzu i nie zamierzam się z tym zmagać. Trans, mrok, psychodelia utopione w ciężkim, czarnym sosie miały wielu protoplastów, a zapewne najstarsi z nich sięgają swoimi początkami lat 60 i 70 dwudziestego wieku. Po co więc wchodzić do tego lasu, skoro widziało się już wszystkie drzewa?

Nie pamiętam już okoliczności w jakich zetknąłem się z twórczością Finów, ale na pewno zaczęło się od „Kosmonument”. Wychylając głowę z krwawych ochłapów death metalu, łapiąc zadyszkę przy ściganiu się grindcorowymi blastami zacząłem szukać oddechu… Trafiłem na ponad godzinnego kolosa szybującego w kosmicznej czerni bez określonego celu. Niczym dryfujący asteroid zespół przechodzi od blackowych riffów, przez sludge’owe pochody do spokojniejszych psychodelicznych pasaży nie pozwalając nam wyrwać się z tej na pozór chaotycznej matni. Muzycy bez skrępowania przyznają się do zażywania „wspomagaczy” podczas prób i komponowania, jednak jasno określają, że celem tego jest większe otwarcie się na nowe, niespotykane dźwięki. Mają świadomość, że dzięki zażywaniu nikt nie stał się wirtuozem. Powiem wprost dobry buch na pewno nie zaszkodzi w odbiorze ich twórczości, ale z drugiej strony nawet obcując z ich muzyką „na trzeźwo” można mocno odlecieć. Sprawdźcie niespełna sześciominutowy „Maavaltimo” albo kawałek „Andromeda” a sami przekonacie się co można „wyrzeźbić” bazując na prostym, powtarzanym motywie.

Kolejną płytę Oranssi Pazuzu, wydaną w 2013 r. „Valonielu” brałem w ciemno. I nie zawiodłem się. Zespół znacząco poszedł do przodu jeśli chodzi o brzmienie. Album brzmi bardziej „organicznie” i selektywnie, co przełożyło się na odbiór i przyswajalność tej płyty. W zasadzie dopiero na „Valonielu” dostrzegłem jak ważną częścią twórczości finów są klawisze. Skupiając się przy „Muukalainen Puhuu” (debiut), czy „Kosmonument” na gitarach i dając się wciągnąć w ich trans, ten element uciekał mi „bokiem”. Jednak tym razem już od otwierającego „Vino Verso” słychać wyraźnie, położono większy nacisk na partie klawiszy nie tylko pod kątem brzmienia ale również ich aranżacji. Wspomniany „Vino Verso” i spokojny, bujający „Reikä Maisemassa” to najlepsze przykłady na to, że „elektronika” jest na tym albumie pełnoprawnym „udziałowcem”. Co ważne, nie psuje ona lekko „szamańskiego” klimatu całości. Płytę zamyka piętnastominutowy kolos „Ympyrä On Viiva Tomussa”, który rozwija się spokojnie, wprowadzając pewien niepokojący element wyczekiwania na finał. Kiedy w szóstej minucie wchodzi ciężki gitarowy riff, poparty klawiszami niemal jak ze space opery i sądzimy, że niczym już nie damy się do końca płyty zaskoczyć, w ostatnich dwóch minutach następuje kulminacja chaosu i opętania!

„Valonielu” wspominam jako jeden z moich „top ten” roku 2013. Na następcę przyszło czekać nam do lutego 2016, kiedy to z lasu na mocnym haju wyłoniło się „Värähtelijä” (tłumacz podaje znaczenie: „wibrator”). W zasadzie trudno wskazać mi różnice między ostatnim longiem Oranssi Pazuzu a jego poprzednikiem. Nadal mamy przyjemność obcować z transową psychodelią „ozdobioną” blackowymi, chorymi wokalizami. Brzmieniowo też bardziej mamy tu do czynienia z ewolucją. Wydaje mi się, że położony większy nacisk na gitary, ale w taki sposób, by nie zagłuszało to pozostałych ścieżek, jakże istotnych dla klimatu płyt Finów. Wspomnieć należy tu o fakcie, że zespół nagrania robi na tak zwaną setkę, co przy kompozycjach sięgających ponad dziesięciu minut musi być sporym wyzwaniem. Do numeru „Lahja” zrobiono również teledysk… napiszę tylko, że obraz zrobiony jest naprawdę ciekawie i potwierdza, że zażywane specyfiki mają wpływ na naszą wyobraźnię i postrzeganie świata.

Nie jestem w stanie do tej pory określić, czy „Värähtelijä” jest lepsza od poprzedniej płyty. I wydaje się, że też nie o to w przypadku Oranssi Pazuzu chodzi. Zespół stosując w swojej twórczości element improwizacji przenosi nas do pewnego momentu w czasie, któremu towarzyszą te konkretne dźwięki, emocje czy stany. Zabierają nas do swojego gęstego, smolistego lasu, a my mamy okazję uczestniczyć w pewnej formie „odrealnionej” podróży do wnętrza siebie. Nie obiecuję, że będzie to droga łatwa i przyjemna, dla części pewnie będzie nie do przejścia. Czasem jednak warto sięgnąć po muzykę, która pozwoli się zgubić zakamarkach świadomości, żeby móc na końcu znaleźć wyjście i odetchnąć świeżym leśnym powietrzem.

Tomasz Korek Korneluk

Written by

Fan metalu i alkoholu:-) w muzyce bardziej cenię klimat i „to coś” niż technikę. W wolnej chwili nie pogardzę książką i dobrym filmem (Guy Ritchie i Quentin Tarantino rulez). Uwielbiam podróże, szczególnie górskie wędrówki, ale tylko latem:-)

You may also like...

Bądź na bieżąco!

Otrzymuj nowości na maila!

Bądź na bierząco!